sobota, 6 maja 2017

Kult Maryjny na Flores czyli redakcja na pielgrzymce.

Wczorajszy dzień był dla nas obfity nie tylko we wrażenia, ale również w informacje. Najważniejszą z nich była wieść o posągu Matki Boskiej krążącym po okolicznych wioskach. Nie wiem czy miastowi wiedzą o co chodzi, ale ludzie mieszkający w innych miejscach z pewnością spotkali się ze świętymi obrazami lub figurami wędrującymi po naszym pięknym kraju od wsi do wsi z procesjami mieszkańców. Sam pamiętam z dzieciństwa, że taki obraz nawet do mojego rodzinnego domu na Podkarpaciu zawitał. Okazało się, że pomimo iż znajdujemy się obecnie po przeciwnej stronie kuli ziemskiej to pewne z tutejszych zwyczajów nie są nam obce (fakt, że znajdowaliśmy się na katolickiej wyspie mógł mieć tu pewne znaczenie). 


Oczywiście gdy tylko dowiedzieliśmy się co będzie się działo, od razu zagadnęliśmy Kristo o kilka szczegółów i możliwość zobaczenia tego co się dzieje. Okazało się, że szczęście nam wyjątkowo sprzyja, bo posąg akurat znajduje się w Moni i jutro (znaczy dzisiaj, znaczy 7 maja 2014 roku, znaczy w dniu, który na chwilę obecną opisywany jest ręką moją) wraz z procesja powędruje do sąsiedniej wioski. Okazało się również, że możemy wziąć udział w procesji! Zapowiadała się niezła okazja do przyjrzenia się kulturze mieszkańców okolicy. Umówiliśmy się, że Kristo zaprowadzi nas na procesję około dziesiątej rano, więc miałem jeszcze trochę czasu od śniadania do godziny "w". Wykorzystałem go na spacer po wiosce, obserwowanie okolicy, podglądanie życia codziennego mieszkańców i takie tam. Po powrocie przepakowałem plecak podręczny, znaczy wrzuciłem do niego coś do picia i zapasowe baterie, po tych przygotowaniach byłem już gotowy do drogi. O umówionym czasie pojawił się Kris z dwoma skuterami, na jeden z nich zapakował się on i Żywia, drugim powoziłem ja. Zajechaliśmy nimi pod koniec wioski gdzie przebywał obecnie posąg i powoli już zbierali się ludzie. Sam posąg nie wyglądał ani na zabytkowy, ani niezwykły, ot ceramiczna figura młodej Maryi (oczywiście barwa jej skóry i rysy zdecydowanie wskazywały na indoeuropejski rodowód) w koronie z dłońmi złożonymi do modlitwy. Posąg miał na ramionach różowy płaszcz, a na wyciągniętych dłoniach zwisał mu kawałek ikatu. Stał w drewnianym, przenośnym ołtarzu do złudzenia przypominającym szafkę z frędzelkami na dachu, zaopatrzonym w dwa drągi do oparcia na ramionach tak, żeby można go było nosić jak lektykę. Generalnie żadne dzieło sztuki, ale tu chyba bardziej chodziło o to co posąg symbolizuje, niż o sam posąg. zdecydowanie bardziej zainteresowali mnie powoli gromadzący się ludzie. Niemalże każda osoba miała na sobie sarong z ikatu, Znaczy praktycznie wszystkie kobiety i zdecydowana większość mężczyzn. Wzory tkanin wyraźnie różniły się w zależności od płci, mężczyźni nosili na sobie czarne chusty przecięte rzadkimi pasami jaśniejszej materii, zazwyczaj z dużą dozą niebieskiego. Kobiety natomiast nosiły na sobie ciemnobrązowe sarongi pełne wzorków jaśniejszego koloru. Niektórym paniom zdarzał się też nieco inny dobór dominujących barw jednak na pierwszy rzut oka było widać czy dana tkanina jest przeznaczona dla pana czy raczej jego małżonki. Bardziej interesujące od strojów były dla mnie twarze mieszkańców wioski. Przynajmniej u niektórych z nich dało się zauważyć rysy charakterystyczne dla Papui Nowej Gwinei. Szerokie, mięsiste i wystające wargi, mocno rozwinięte wały nadoczodołowe, czasem cofnięte czoła, do tego kręcone, absolutnie nienaturalne dla Azjatów włosy. W końcu miałem do czynienia z ludźmi zasługującymi na miano prawdziwie egzotycznych. 
W końcu zebrała się już większa grupa ludzi i rozpoczęły się modlitwy adoracyjne, po nich posąg zawędrował na ramiona kilku mężczyzn i rozpoczęła się procesja. Budziliśmy w tłumie lekką sensację, no bo skąd u licha się im tam nagle para białych zaplątała? Kilka osób potrafiło coś sklecić po angielsku więc wyjaśniliśmy im, że pochodzimy z Polski, a jak Polska to przecież oczywiste, że katolicy. Nie wdawaliśmy się w polemiki z takim sposobem rozumowania. Na szczęście wszyscy tutaj kojarzyli, że istnieje taki kraj jak Polska, a to za sprawą nieżyjącego już Jana Pawła II. 


Procesja wyszła nieco przed południem czyli w strasznym skwarze, wiele kobiet radziło sobie z nim chroniąc się pod parasolkami, niektóre rozwijały swoje sarongi i zakładały je na głowy, my ratowaliśmy się przed udarem pod kapeluszami. W czasie marszu rozpoczęły się modły, nie rozumiałem słów, ale rytm modlitwy niezawodnie wskazywał na "Zdrowaś Mario" w lokalnej wersji językowej. Bardzo dziwnie słuchało się rytmicznie powtarzanej modlitwy, niby obcej, a jednak znajomej. Czasem po drodze mijaliśmy wystawione przed chaty stoliki ze stojącymi na nich posążkami lub obrazkami przedstawiającymi Maryję, takie sceny też mi przypominały panujące w naszej, pięknej ojczyźnie zwyczaje. Maszerowaliśmy przynajmniej dwie godziny, w tym czasie zrobiłem drugie tyle trasy co pielgrzymka, wbiegając do przodu lub odchodząc na boki, żeby uchwycić jakiś fajny (w moim mniemaniu) kadr. Mniej więcej w połowie drogi oczekiwała na nas grupa mieszkańców wioski do której podążaliśmy, resztę trasy przebyliśmy już wspólnie. Przy wejściu do wioski, na obraz czekała bambusowa brama ozdobiona liśćmi palmy i małym krzyżem na szczycie. Po jej przejściu znaleźliśmy się na terenie wioski. Małej i biednej ale raczej czystej, chaty miały oczywiście ściany z łupanego bambusa, a dachy pokryte pordzewiałą blachą czyli wyglądały tak jak te w Moni. Posąg został przywitany przez naczelnika wioski i wstawiony pod większą wiatę, tam rozpoczęła się adoracja i modlitwy. Potem przyszedł czas na mniej oficjalną część imprezy. Ludzie podzielili się na mniejsze i większe grupki, kobiety zaczęły żuć betel (takie czerwone paskudztwo, tutaj o tym pisałem), a miejscowi zaczęli rozdawać jedzenie i wodę. Każdemu kto sobie życzył dostała się papierowa torebka z porcją ryżu, wzbogaconego kawałkiem mięsa i jakimś zielskiem. Żarcie było nawet smaczne, ale piekielnie ostre. Ja to jakoś zniosłem, ale Żywia aż się popłakała z wrażenia. Byliśmy oczywiście sporą ciekawostką, najpierw podszedł do nas naczelnik wioski żeby zamienić kilka słów, potem zagadywali nas rożni ludzie mniej lub jeszcze miej udanie posługując się angielskim, ale zdarzyła się też jedna kobieta, młoda mama która po angielsku mówiła bardzo dobrze i dało się z nią swobodnie pogadać. Gdy ludzie już nagadali się ze sobą, a betel się pokończył przyszła pora, żeby wracać. Jako, że posąg został w wiosce, mogliśmy swobodnie skorzystać ze skrótów w czasie powrotu, my oczywiście ich nie znaliśmy więc po prostu szliśmy za grupą. Taktyka dobrze się sprawdziła i dość szybko znaleźliśmy się u podnóża wzgórza na którym leżała wioska. Tam czekał na nas Kristo z motorkami. Czekała nas jeszcze dzisiaj wyprawa po okolicy, ale o tym opowiemy w kolejnym wpisie.













































































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz