czwartek, 30 marca 2017

Kelimutu czyli znowu na wulkanie.

6 maja 2014

Dojechaliśmy więc do Moni, wioski leżącej u stóp sławnego, choć niezbyt okazałego wulkanu Kelimutu. Czemu sławnego? Otóż na szczycie wulkanu zamiast jednego, są trzy mniejsze kratery wypełnione wodą, znaczy jeziorka. Jedno jeziorko w wulkanie to nic nadzwyczajnego, trzy jeziorka to już trochę lepiej, ale jeszcze nie sama ich obecność sprawia, że to miejsce jest tak niezwykłe. Najciekawsza jest barwa owych jeziorek, a raczej barwy. Otóż w każdym z nich znajduje się woda innego koloru, w dodatku te kolory nie są stałe, a zmieniają się z czasem w dość losowy sposób. 


Kratery położone są dość blisko siebie, dwa z nich dzieli ledwo wąska grań, mimo to woda w każdym z nich jest inna. Wznoszący się na 1690 m.n.p.m. stożek wulkanu zajął oczywiście ważne miejsce w legendach, zamieszkujących ta okolicę ludzi. Doszli oni do wniosku, że górę zamieszkują dusze zmarłych, a konkretniej zamieszkują wody jezior w kraterach. W zależności od charakteru dusz trafiających w głębię, miały się zmieniać kolory wody. Swoim przekonaniom dali wyraz w nazwach poszczególnych zbiorników, pierwsze nosi miano "Jeziora Starych Ludzi" (Tiwu Ata Mbupu), drugie "Jezioro Chłopców i Dziewcząt" (Tiwu Nuwa Muri Koo Fai), a trzecie "Jezioro Złych Duchów" (Tiwu Ata Polo). Sama nazwa Kelimutu znaczy natomiast tyle co "Wrzące Jezioro", a zawdzięcza swoją nazwę podwodnym emisjom gazów nazywanych mądrze fumarolami.

Naukowcy mają nieco inne niż miejscowi zdanie na temat przyczyn zmiany barwy wody. Według nich odpowiedzialne są za to właśnie wspomniane wyżej fumarole, wyemitowane przez nie gazy mają wchodzić w reakcję z minerałami skał tworząc związki chemiczne wpływające na barwę wody. Istnieje również teoria, że za zmiany barwy odpowiedzialne są bakterie żyjące w jeziorach. Ewentualnie miks obydwu wyżej wymienionych czynników. No, ale naukowcy wiedzą swoje, a miejscowi swoje. Tak czy inaczej woda jest różnokolorowa i zmienna. Zazwyczaj dominują kolory zieleni, błękitu i brązu, ale biała, brązowa czy czarna woda również nie jest niczym niezwykłym. Byłem bardzo ciekaw jakie kolory uda się zobaczyć nam. W Moni zatrzymaliśmy się w miejscu o nazwie Silvester Homestay. Pokój ze śniadaniem w chatce za 100 tys rupii, pomieszczenie było czyste, przestronne i przyjemne, mieliśmy także swoją łazienkę. Prosto z pokoju wychodziło się na taras ze stołem i wygodnymi fotelami, ogólnie to całkiem nieźle to wyglądało. Przed domem jak to na Flores, mnóstwo kwiatów.

Spotkaliśmy się z młodo wyglądającym facetem o imieniu Kristo (na moje oko miał z 25 lat więc realnie co najmniej 10 więcej) który mieszkał po sąsiedzku i był lokalnym przewodnikiem.  


Dotarliśmy tam dość wcześnie, więc nie chcąc marnować czasu od razu zaczęliśmy dopytywać go o to jak dostać się na szczyt wulkanu, okazało się, że trzeba tam dymać 14 km asfaltem pod górkę, oczywiście można tego uniknąć i  wynająć sobie podwózkę na motorku. Doszliśmy do wniosku, że tym razem to będzie całkiem dobry pomysł i mniej niż po 20 minutach mknęliśmy już na dwóch skuterkach w stronę lokalnego cudu natury. Okazało się, że to 14 km. wcale nie było przesadzone, jechaliśmy długo i raczej wolno pnąc się po wijącej jezdni. Przy okazji można było porozglądać się trochę, aż mnie skręcało, żeby zrobić jakieś zdjęcia, ale warunki mi na to nie pozwalały, powziąłem więc mocne postanowienie nadrobienia podczas drogi powrotnej. Gdy zbliżyliśmy się do szczytu trzeba było uiścić opłaty za bilet wstępu, wyjątkowo tanie bo tylko 20 tys. za osobę i po 3 tys za skuter. No ale za aparat to już chcieli 50 tys. rupii, za radą Kristo zapomnieliśmy się przyznać do posiadania takowych. Od punktu, w którym kupowaliśmy bilety do parkingu trzeba było jeszcze 2-3 km przejechać, tam rozstaliśmy się z naszym podwodem, okazaliśmy bilety i po 15 minutach spaceru byliśmy już pod pierwszym jeziorem. Znajdowało się w okrągłym kraterze o niemalże pionowych, kilkunastometrowej wysokości ścianach. Niestety nie było ścieżki, która wiodłaby w jego pobliże, ale i z dalsza było widać ciemnozieloną toń wypełniającej go wody. Ładne to nawet było i ciekawe, choć na pewno z bliższa by było ciekawsze. Pozostałe dwa jeziora znajdowały się nieco dalej, tuż obok siebie. Wystarczyło kilka minut spaceru i już byliśmy przy kolejnych dwóch oczkach wodnych. Tutaj widok był już naprawdę interesujący, ciemnobrązowa i seledynowa toń oddzielone od siebie cienką linią skały i kawał krajobrazu wyspy widziany w tle... No ładnie tam było, taki widok całkowicie rekompensuje trudy i wydatki poniesione by go zobaczyć. Niestety doznałem tam również potwornego rozczarowania. Zdaje się, że w Jogyakarcie widziałem plakat reklamujący Kelimutu, na którym jakiś turysta szedł sobie przesmykiem pomiędzy jeziorami, chyba oczywiste, że liczyłem na to samo? A tu tylna część ciała poniżej kręgosłupa. Jeziorka można obserwować tylko z kawałka ścieżki biegnącej z jednej ich strony i nie można z niej schodzić w kierunku wody. Wiem, bo próbowałem. Gdy tylko zszedłem kilkanaście metrów poza ścieżkę, z budki stojącej nieco niżej rozwyła się syrena wyraźnie dając mi do zrozumienia, że nic z tego nie będzie. Wrrrrrrr....... Nad ostatnim jeziorem znajduje się niewielkie wzniesienie, z którego można ogarnąć wzrokiem większą część szczytu, dopiero tam, tak ostatecznie, uświadomiłem sobie, że stoję na szczycie wulkanu i patrzę na jego kratery. 


Wraz z naszą decyzją o powrocie pojawiły się chmury, oczywiście nie ponad nami tylko wokół nas, widoczność mocno spadła więc tym bardziej nie było sensu siedzieć dłużej na szczycie. Rozpoczęliśmy spokojny odwrót, mieliśmy przed sobą ponad 14 km spacerku, ale 14 km z górki to żadne wyzwanie, a w zasadzie to czysta przyjemność, zwłaszcza, że szliśmy przez całkiem interesująco wyglądającą dżunglę. Szczególnie rzucała się w oczy spora ilość paproci drzewiastych, bardzo podobnych do tych, o które kiedyś czochrały się dinozaury. Te rośliny jakoś zawsze mi działały na wyobraźnię, więc i tym razem przez umysł przemknęło mi kilka obrazów pełnych potężnych jaszczurów i archaicznej roślinności. żadnych prawdziwych dinozaurów po drodze nie spotkaliśmy niestety, w zamian nieśmiało wychynęła z zarośli mama świnka ze stadkiem dzieci świnek. Mocno włochate, czarne i na wpółdzikie prosię obserwowało nas niepewnie, gdy uznało, że akurat nie jesteśmy głodni, z krzaków za nim zaczęły wyskakiwać małe i wesołe półprodukty na boczek. Miło tak było patrzeć na samobieżną wieprzowinę, zwłaszcza, że w najludniejszym, muzułmańskim kraju na naszym globie widok zwierzątka "haram" do najczęstszych nie należy. Tego typu wyjątki można spotkać w odmiennych religijnie enklawach jak na przykład katolicka wyspa Flores. po której sobie akurat dreptaliśmy. Gdzieś na trasie przewinęły się też kozy i krówka przypominająca bardziej antylopę niż generator mleka, identyczna z tymi jakie widzieliśmy na wyspie Lombok. (Jeśli ktoś nie czytał, to tutaj może nadrobić swoje zaległości) Niestety wszystkie czworonogi jakie spotkaliśmy były zwierzętami udomowionymi, no ale niestety, nie można mieć wszystkiego. Los postarał się jakoś osłodzić nam ten brak, a osłodził go nam pomarańczami. Już bliżej podnóża wulkanu, gdy zaczęliśmy już mijać ludzkie siedziby w postaci domków z bambusowej plecionki krytych zardzewiałą blachą usłyszeliśmy jak coś spada z drzewa blisko drogi. Jako osoba z natury ciekawska, postanowiłem sprawdzić źródło hałasu, którym okazało się drzewo owocujące pomarańczami. Gdzieś tam w pobliżu stał dom właściciela tego drzewa, pomarańcze mu strasznie pod drzewem śmieciły, uznałem że pomogę facetowi i zabrałem kilka żeby miał mniej do sprzątania. Żywia w ogóle nie dostrzegła zbożnego celu jaki przyświecał mojemu czynowi i oskarżyła mnie o kradzież owoców! Do tej pory nie potrafię się otrząsnąć z oburzenia... To, że w ten sam sposób pomagałem sąsiadom jako szczeniak sprzątać pod gruszami i jabłonkami świadczy tu jedynie na moją korzyść, gdyż od dziecka byłem nadzwyczaj uczynny, a nie na potwierdzenie tezy o bezprawnym przywłaszczeniu. Skoro już pomogłem posprzątać pod drzewem to trzeba było gdzieś te pomarańcze upchnąć, na początek trafiły do kieszeni, a później do żołądków. Smakowały dość dziwnie, były bardzo kwaskowate i bliżej im chyba było do cytryn niż pomarańczy, ale dzięki sposobowi pozyskania i jego okolicznościom zyskały niepowtarzalny aromat. Mniam... powoli dotarliśmy do pól ryżowych, u podnóża wulkanu. Ta pożywna roślinka rosła sobie na ułożonych w tarasy polach zajmujących łagodne zbocza góry. Gdzieś tam, pomiędzy nimi znajdowało się gorące źródło. Tylko gdzie? Nie spodziewałem się jakoś tabliczki i równego chodniczka, trzeba było kombinować inaczej. Pozostał nam sposób najstarszy i najbardziej sprawdzony, czyli dopytanie miejscowych, na szczęście już się jacyś na horyzoncie przewijali. Pierwszy pan, którego dopadliśmy coś tam nam łamanym angielskim wytłumaczył, ale nie były to informacje na tyle szczegółowe, żeby dało się nimi posłużyć bez zbędnego nadkładania drogi.


W okolicach które już mniej więcej powinna znajdować się poszukiwana przez nas ścieżka spotkaliśmy kolejną osobę, od niej, a raczej od jej wyciągniętego palca dowiedzieliśmy się już dokładnie gdzie należy skręcić. Wąską dróżką biegnąca pomiędzy polami dotarliśmy w końcu do zagłębienia terenu ze znajdującą się w nim niewielką niecką, jak szybko sprawdziliśmy, cieplej wody. Oczywiście nie było szans na delektowanie się moczeniem nóg w samotności, w zasadzie to lepiej, bo za towarzystwo mieliśmy tylko miejscowych, którzy w sadzawce urządzili sobie myjnię i pralnię jednocześnie. Uprzejmie zaprosili nas żebyśmy z nimi usiedli, jakiś starszy pan wyjaśnił mi, że kamykami można tu sobie fajnie poskrobać zrogowaciały naskórek na stopach i to wszystko bez ani jednego słowa w zrozumiałym dla nas języku. Przyjemnie się tak siedziało skrobiąc pięty, ale już dość długo byliśmy w drodze i trzeba było w końcu dotrzeć do naszego lokum. Wygłodniali zrzuciliśmy tam plecaki i ruszyliśmy na obiad do pobliskiej restauracyjki, wracając spotkaliśmy Kristo, zaczęliśmy gawędzić i przy okazji zapytaliśmy o arak. Znaczy wino z palmy, znaczy żadne wino tylko alkohol jakiś, na szczęście etylowy. Już w Labuan Bajo słyszeliśmy, że tu można kupić prawdziwy arak, a nie jakąś podróbę więc spodziewaliśmy się, że Kristo coś na ten temat będzie wiedział. Nie pomyliliśmy się, facet tylko się uśmiechnął i zaprowadził nas do pobliskiego straganu w którym sprzedawał jego znajomy, a następnie wyjaśnił mu charakter naszego zamówienia. Sprzedawca odwrócił się i otworzył ceramiczną stągiew przynajmniej metrowej wysokości która stała sobie w kącie kramu, a następnie zaczerpnął z niej drewnianą chochelką przezroczystej cieczy i wypełnił nią plastikową butelkę. Osławione "wino palmowe" smakowało jak bimber, z tą różnicą, że znacznie mniej paliło po pysku. Kubeczków smakowych to ja tym paskudztwem nie zachwyciłem, ale za to mogę teraz powiedzieć, że piłem alkohol pędzony z palmy, warto się było dla tego poświęcić. Degustowaliśmy nasz wykwintny trunek razem z Kristo, jako, że czyniliśmy to przy straganie to i sprzedawcy się dostało, kulturalnie butelka szła w kółeczko jak między cywilizowanymi ludźmi przystało, ułatwiając rozmowę i pozwalając zapomnieć o trudach dnia minionego. Gdy zniknęła już połowa alkoholu sprzedawca po prostu dolał do pełna (bez żadnych próśb, sugestii, ani żądania dodatkowej zapłaty), w ten oto sposób konwersacja przeciągnęła się nam do nocy. W końcu wymówiliśmy się zmęczeniem i lekko chwiejnym krokiem udaliśmy się na spoczynek. Myślałem, że to już koniec dnia i czeka nas już tylko zasłużony sen. Myliłem się i to bardzo....


































































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz