czwartek, 9 marca 2017

Aiguille Rouge w grudniu.

Mając tylko jeden, wolny od pracy dzień w tygodniu postanowiłem wykorzystać go jak najlepiej czyli znowu zdecydowałem się na wycieczkę w góry. Połowa grudnia nie była tu żadną przeszkodą ze względu na iście wiosenną pogodę charakteryzującą się ciepłym słoneczkiem, temperaturami powyżej zera i ćwierkaniem sikorek na gałązkach. Wręcz idealna pogoda żeby się gdzieś ruszyć, kłopot w tym, że "gdzieś" oznaczało dla mnie po raz kolejny masyw górski sterczący mi za domem. Niezbyt lubię przemierzać ścieżki, na których byłem nie dalej niż tydzień temu, ale skoro miałem do wyboru powtórkę trasy lub dzień w towarzystwie internetu to jakoś nie wahałem się zbyt długo.


Tradycyjnie upchałem do plecaka wszelkie mi potrzebne (zazwyczaj) i niepotrzebne (rzadko) graty, dorzuciłem do tego termos z gorącą herbatą i trochę czekolady i byłem gotów do drogi. Z domu wyszedłem grubo przed świtem, tak koło piątej rano, ciemno było i chłodnawo, ale jak na grudzień to całkiem znośnie. Mocno zaspany przebyłem w kilka godzin trasę do schroniska Challete de Varan nie rejestrując w tym czasie nic godnego uwagi ani zapamiętania, ot szedłem przed siebie oświetlając sobie drogę czołówką i to wszystko. Przyznam, że liczyłem na kolejny, spektakularny wschód słońca który zaleje świat pomarańczem i czerwienią, ale się przeliczyłem. Po prostu zrobiło się jaśniej, potem jeszcze jaśniej, a potem jasno jak w dzień. I już, nic więcej, żadnych promieni słońca strzelających spomiędzy poszarpanych szczytów skalnych, a tym bardziej żadnych chmur podświetlonych szkarłatem, Brak jakichkolwiek chmur mógł być tutaj pewną przyczyną. Tak czy inaczej nie było sensu gapić się na szczyty po drugiej stronie doliny, lepiej było ruszyć do góry. Gdzieś tam spod schroniska zaczyna się szlak biegnący w górę ku przełęczy, niestety nie wiem gdzie dokładnie i nie bardzo chciało mi się ten stan wiedzy zmieniać. Poszedłem więc na przełaj kierując się nieco bardziej na prawo, mając nadzieję, że prędzej czy później na szlak trafię. Po godzinie faktycznie mi się udała ta sztuka. Teraz szlo już łatwiej choć znowu poważnie mnie hamowały koziorożce, całe stada pasły mi się przy szlaku więc jak niby miałem przejść obok nich obojętnie? Były zarówno długorogie samce jak i minirogie samice, nie brakowało też młodzieży, a i dzieciarni było sporo. Miałem pełen przekrój płciowy i wiekowy tego gatunku wokół siebie. Czasem zbliżałem się do koziorożców na kilkanaście, a nawet kilka metrów, wtedy robiły się już nerwowe, wydawały z siebie dźwięki zaniepokojenia brzmiące jak połączenie kichnięcia z gwizdnięciem przez nos. był to zazwyczaj sygnał, żeby się oddalić ode mnie przynajmniej szybkim truchtem. Starałem się jak najmniej je płoszyć, więc i truchtu było niewiele, i trwał on krótko. Zbocze na które się wspinałem było obficie porosłe trawą, może i żółtą, ale widocznie na tyle smakowitą, żeby tu ściągnąć wszystkie koziorożce z okolicy. Ciekawe czy hasają sobie tutaj tak chętnie o wszystkich porach roku? Fajnie by się było załapać kiedyś na pojedynki godowe samców, byle tylko ze stosownej odległości.


Gdy doczłapałem już do przełęczy łączącej Aiguille de Varan z Aiguille Rouge i jeszcze jakimś nieznanym mi szczytem, trzeba się było zdecydować co dalej. Pogoda mi bardzo dopisywała, niestety śnieg również dopisywał. Dość grubą warstwą pokrywał cały teren, po którym miałem teraz maszerować. Zamierzałem ruszyć mniej więcej w kierunku północy, by przejść się ładną trasą widokową. Niestety szlaku spod śniegu nie było widać, nie udało mi się tez zauważyć żeby ktokolwiek przedeptał ścieżkę w interesującym mnie kierunku. Trzeba było spróbować być pierwszym, usiłowałem iść śladami zwierząt (dość licznymi tak swoją drogą), ale niestety i tak grzązłem bez rakiet śnieżnych. Próbowałem więc poruszać się po wystających czasem ze śniegu skałach, niestety teren tutaj jak się okazało poprzecinany był licznymi wąwozikami głębokości do kilku metrów, zejście ze skał kończyło się zapadnięciem w śnieg po kolana, po pas lub po szyję, a dojście do kolejnych skał bywało może nie niemożliwe, ale mocno ryzykowne. Stwierdziłem, że prawdopodobieństwo wpakowania się w jakąś rozpadlinę jest zbyt wysokie więc dość szybko porzuciłem poprzedni plan. Trzeba było uknuć coś nowego, tylko co? Rozmyślałem o tym siedząc sobie na jakimś nasłonecznionym kamyczku i spoglądając na pobliskie szczyty. Jakiś czas temu pałętał się tu jeden facet, ciekawe gdzie poszedł? Ooooo.... Wypatrzyłem go pod szczytem Aiguille Rouge jak wspinał się na pierwszy dość stromy odcinek podejścia. Skoro on tam lezie to ja tym bardziej dam radę, trzeba spróbować! Trzeba podejść pod górę... Znowu zaczęło się skakanie z kamyka na kamyczek i topienie się w śniegu za kolana. Pewnie przemoczyłbym sobie przy tym buty, ale zrobiłem to już wcześniej więc mokre szmaty, które kiedyś były moimi skarpetami nie były w stanie przyjąć już ani kropli więcej. Na szczęście nie był to ogromny kłopot ze względu na dodatnią temperaturę i ciągły ruch. Ze sporym trudem udało mi się w końcu dotrzeć do żlebu, którym wspinał się facet za którym podążałem. Tutaj zostawiłem mój kostur, czekan i plecak, w dalszej wspinaczce by mi tylko przeszkadzały. Typ do tej pory już zdążył zejść i sobie pójść, byłem tu sam więc się nawet nie kłopotałem z ukrywaniem gratów. Zostały sobie na kamyczku czekając na mój powrót.


Z daleka podejście wyglądało dość stromo, z bliska okazało się bardzo proste, choć wymagające przynajmniej minimalnej koordynacji ruchowej. Dalej miałem kawałek w miarę prostego podejścia po trawie i śniegu zwieńczony podwójnym stożkiem skał, który był moim celem. Ten niższy sobie odpuściłem, bardziej mnie interesowało dostanie się na wyższy szczyt. Wyglądało to raczej mało zachęcająco ze względu na niemal pionowy profil skał, no dobra, właśnie z tego powodu wyglądało bardzo zachęcająco. Po śladach poprzedników dotarłem już pod skalną ścianę i zacząłem szukać wzrokiem stosownego podejścia, zamiast niego znalazłem szczeliny w skale, które z bliska okazały się niewielką grotą z wejściami po obydwu stronach szczytu. Nie byłbym sobą gdybym nie sprawdził co interesującego znajduje się w środku. W środku znajdowały się bobki koziorożców. Na szczęście nie było ich za wiele, dało się bezpiecznie przedostać przez krótki korytarz do niewielkiej sali. Na upartego dałoby się w niej przenocować i raczej na pewno bezpiecznie przetrwać burzę. Warto znać takie lokalizacje, może kiedyś mi się to przyda? Po wyczołganiu się z jaskini ruszyłem do ostatecznego szturmu na szczyt, najpierw trzeba było przejść ośnieżone i dość strome siodło pomiędzy obydwoma stożkami by zaraz za nim rozpocząć już stromą wspinaczkę. Dzięki czerwonym plamkom farby na skałach wiedziałem, że jestem na szlaku, a skoro jest tu szlak to znaczy, że da się go pokonać. Trzeba było tylko wspiąć się na kilkumetrową skałę przy sporej ekspozycji na przepaść znajdującą się za siodłem, a potem jeszcze trochę poskakać po stromych skałach. Poziomem trudności przypominało mi to Orlą Perć czyli nic nadzwyczajnego, z tą różnicą, że tu prawie nie było łańcuchów. Chyba tylko w dwóch punktach znalazłem może półmetrowe skrawki przyśrubowane do skały, służące za uchwyt. W niektórych miejscach było nawet trochę problematycznie i ludziom z lękiem wysokości lub wrodzoną łajzowatością raczej bym nie polecał, osoby sprawniejsze fizycznie i z jakimś doświadczeniem raczej powinny sobie poradzić. W każdym bądź razie poradziłem sobie ja. To był mój ostatni wypad w Alpy AD 2016 i zakończył się zdobyciem całkiem sporej górki. Znaczy sporej jak na moją opinię, ponad 2600 m.n.p.m. to więcej niż Rysy, ale na Alpy raczej niewiele. Mniejsza z tym, grunt, że byłem bardzo, ale to bardzo ucieszony, że w połowie grudnia udało mi się zdobyć całkiem stromy pagórek. Na szczycie znalazłem bardzo wygodny płaski kamień z którego można sobie było obserwować okoliczną panoramę i cieszyć się ciepłym słońcem. Widoczność miałem świetną, czas dobry, a humor doskonały. Zrobiłem sobie pamiątkową fotę z samowyzwalacza i pora było schodzić. Schodzenie w dół było nieco trudniejsze niż wspinaczka, ale poradziłem sobie z tym bez kłopotów. Przy plecaku musiałem już zająć się swoimi butami, trochę się chłodniej zrobiło i stopy mi zaczęły marznąć, a nieszczególnie to lubię. Oczywiście nie miałem żadnej możliwości wysuszenia tutaj obuwia, ale miałem w plecaku zapasowe skarpety z wełny udziergane na drutach przez babcię Żywii, miałem też worki na śmieci i trochę taśmy klejącej "na wszelki wypadek". Tak więc starym, indiańskim sposobem wymieniłem skarpety na ciepłe i suche, potem zapakowałem stopy w plastikowe worki, okleiłem je taśmą klejąca ponad kostkami i dopiero tak przygotowany założyłem mokre obuwie. Chłód minął po chwili i nie pojawił się już do końca marszu. Jakimś cudem udało mi się przy schodzeniu nie zejść ze szlaku, okazało się, że jego początek znajduje się przy wodopoju za domkami Chalets de Varan. Leży tam taki duży głaz, obok niego rośnie sobie brzoza (miastowym wyjaśnimy, że to taki gatunek drzewa, po białej korze można je poznać). Trochę szkoda, że dopiero pod koniec ostatniej wycieczki na ten masyw to odkryłem, ale lepiej późno niż wcale.














Aiguille Rouge - cel mojej wspinaczki.





































Z takim podejściem musiałem się zmierzyć by dotrzeć na sam szczyt. Nie było zbyt trudne technicznie, ale osobom z lekiem wysokości bym go nie polecał.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz