piątek, 3 lutego 2017

Komodo to również ludzie - z wizytą w jedynej osadzie na wyspie.

Nocleg w wiosce był wygodny i zapewnił nam solidny wypoczynek, Żywia jak zwykle wolała pospać dłużej, ja natomiast za priorytet uznałem wycieczkę po osadzie. W sumie najpierw to mi się coś roiło o zobaczeniu wschodu słońca z przystani, ale szybko zmieniłem priorytety, gdy zacząłem się dokładniej rozglądać. Wczoraj dotarliśmy na wyspę już dość późno i od razu skierowaliśmy się do domu, w którym nocowaliśmy. Praktycznie nie było czasu, żeby przyjrzeć się okolicy, a tym bardziej zająć się jakąś dokładniejszą penetracją. 

Podziwianie uroków wioski rozpocząłem od wyjścia z domu i zatrzymania się na schodach. Na szczycie sąsiedniego budynku hasała sobie właśnie gromadka smoliście czarnych kruków (corvus Macrorhynchos), niby podobnych do naszych, ale jednak innych, z odrębnymi gatunkami często tak bywa. Ptaszyska kotłowały się wokół jakiegoś kąska jedzenia robiąc przy tym sporo hałasu. Następnie ruszyłem na przystań idąc uliczkami pomiędzy dość sporymi domami stojącymi na palach. Praktycznie wszystkie były ustawione w ten sposób, podejrzewam, że bardziej z powodu przypływów niż waranów. Same uliczki miejscami były wyłożone kostką brukową, gdzie indziej tylko śmieciami i biegły mniej więcej równolegle do wybrzeża. Domy charakteryzowały się jeszcze dość specyficznie ułożonymi wiatrownicami (takie deski przybite wzdłuż szczytu dachu, żeby wiatr pokrycia dachowego nie podrywał). Znaczy wiatrownice były przybite tak jak powinny, tylko krzyżowały się na szczycie dachu i jeszcze były dodatkowo zaopatrzone w dwie ustawione pionowo deseczki na końcach tak, że nad szczytem niemalże każdego dachu stały drewniane widełki. Niestety nie miałem kogo dopytać o symbolikę i znaczenie. W zasadzie to ludzi nie brakowało o tak wczesnej porze, ale ze znajomością języków obcych to nie było tam najlepiej. No bo i czemu miałoby być lepiej? Turyści przypływają do parku narodowego oglądać smoki z Komodo, mieszkańcy jakiejś tam wioski nie wydają im się zazwyczaj ciekawi, a najczęściej nawet nie dowiadują się o jej istnieniu. Ludzie tutaj żyją głównie z morza i jego darów, a do oprawienia kalmara zdolności lingwistyczne zazwyczaj się nie przydają. Część oczywiście pracuje w parku narodowym jako przewodnicy, ci czasem umieją się dogadać, choć też nie wszyscy.


Przykładem może być choćby nasz przewodnik z pierwszego dnia na Komodo, który nie zamienił z nami ani słowa, bo po prostu nie potrafił. Z naszym kapitanem też się za dużo nie nagadaliśmy pomimo chęci z obydwu stron. Na nabrzeżu również już się coś działo, mieszkańcy wioski nosili coś, gdzieś szli lub z kimś rozmawiali. Od razu było widać, jakie wyznanie tu dominuje, większość pań miała na głowach chusty, a większość panów fezy i na tym objawy religijności się chyba kończyły. Kobiety uśmiechały się do mnie na ulicy i pozwalały sobie robić zdjęcia, żaden z facetów nie usiłował mnie za to ukamienować więc wnoszę, że ortodoksów raczej tu nie było. Z wybrzeża świetnie było widać nieregularny kształt wyspy i piętrzące się niemal na sobie, trawiaste wzgórza, którymi prawie w całości Komodo jest pokryta. Z wybrzeża ruszyłem znowu pomiędzy kryte pordzewiałą blachą domki. Gdzieś pomiędzy nimi spotkałem kobietę stojącą obok chodnika przy garach z jedzeniem. Rozdawała jedzenie grupce dzieci, pomiędzy nimi zauważyłem dwie blond czupryny, Pierwsza i chyba najbardziej oczywista myśl jaka zawitała mi do głowy wspominała coś o szwedzkich turystach, którzy najwidoczniej też nocowali na wyspie i ich dzieci własnie się bawią z miejscowymi. Tyle że te blond dzieci jakoś dziwnie podobnie do wszystkich innych tutaj ubrane były. Jakiś niedorobiony hippis zamieszkał tu z żoną i dzieciaki zdążyły się strojami zasymilować? Dziwne, ale nie niemożliwe. Prawdę poznałem dopiero, gdy zbliżyłem się do dzieciaków na tyle, żeby zacząć rozróżniać rysy twarzy. Teraz już wszystko było nomen-omen jasne, pośród grupki dzieci pałaszujących ze smakiem makaron znalazły się dwie albinoski, zdaje się że siostry, liczące sobie może 6 i 8 lat? Może mniej? Ciężko ocenić, niemniej dziewczynki wyglądały co najmniej zjawiskowo. Jak to albinoski miały niezwykle jasną skórę i włosy, które nie były jednak całkowicie białe, przypominały raczej kolorem czupryny niektórych dzieciaków z północy Europy (znaczy takich, które nie mają na imię Ahmed), zdaje się, że dziewczynki nie miały też czerwonych oczu. Znaczy młodsza nie miała na pewno, starsza cały czas zaciskała lekko opuchnięte powieki więc nie wiadomo, prawdopodobnie światło słoneczne pomimo poranka już jej doskwierało. Starsza miała też ciemne plamki na twarzy i przedramionach, zdaje się, że takie duże piegi. Muszę przyznać, że azjatyckie rysy twarzy dziewczynek w połączeniu z kolorem ich włosów sprawiały bardzo interesujące wrażenie. Dziewczynki na pierwszy rzut oka nie wyglądały na wyobcowane ze środowiska lub nieakceptowane przez otoczenie, mam nadzieję, że nie było to wrażenie mylne.


Spacerowało mi się bardzo przyjemnie, większość osób nie miała nic przeciwko fotografowaniu, ale były tez nieprzyjemne momenty, a w zasadzie to jeden. Gdzieś tam pośród budynków spotkałem małego dzieciaka płci bliżej mi nieznanej, młode wyglądało sympatycznie i patrzyło na mnie z mieszanką zdziwienia i zainteresowania. Ja też byłem ciekaw, bo ja zawsze jestem czegoś ciekaw i pewnie tak byśmy się na siebie pogapili i rozeszli w dobrych humorach, niestety jedna z opiekujących się malcem pań uznała, że trzeba go nauczyć czegoś pożytecznego w życiu. Tak więc zaczęła mu mówić: "no powtórz, łan dolar, łan dola plis". Cóż.... ja rozumiem, że żyje im się tam biednie, ale raczej bez nędzy i głodu, uczenie dziecka żebrania w takich warunkach uznałem więc za mocno odrażające. Strasznie mnie ta sytuacja zniesmaczyła, ale na szczęście nie zepsuła dobrego humoru z rana.

Po powrocie spakowaliśmy graty i po raz kolejny wyruszyliśmy na Komodo. Na dzisiaj przypadał ostatni dzień ważności naszych biletów, a chcieliśmy je wykorzystać do cna, poza tym waranami ciężko się znudzić więc chcieliśmy się jeszcze pogapić na te dość archaiczne stwory. Po krótkim rejsie byliśmy już w kwaterze władz parku. Dopływając do przystani zauważyliśmy stado białych ptaszysk, które zerwały się gdzieś z drzew, z daleka widać było tylko jasne plamy na tle nieba, ale gdy powiększyłem zdjęcie to mi wyszło, że spotkaliśmy całkiem spore stado papug kakadu. Egzotycznie, prawda? Szybko uporaliśmy się z załatwieniem przewodnika i ruszyliśmy na znany już nam szlak po wyspie. Znowu nam się poszczęściło z waranem na szlaku, zauważyliśmy jednego w pobliżu wodopoju, szedł sobie spokojnie po ścieżce, by po chwili zniknąć w zaroślach. Odniosłem wrażenie, że nasz przewodnik był znacznie bardziej podniecony spotkaniem smoka niż my. Może faktycznie rzadko udaje się je zobaczyć poza 'kuchnią" przy siedzibie parku? Ciężko mi stwierdzić, albo my mieliśmy dużo szczęścia, albo waranom zdarza się jednak pokazywać częściej niż twierdzą przewodnicy. Nieco dalej spotkaliśmy kolejną choć nieco mniej imponującą jaszczurkę.


Przewodnik złapał na pniu drzewa jedną z jaszczurek przystosowanych genetycznie do latania. W zasadzie to do szybowania, no ale faktem jest, że taka jaszczura potrafi przemieścić się z punktu A do punktu B bez zbędnego ścierania sobie łusek na łapkach, a to dzięki przerośniętym i połączonym błoną żebrom tworzącym o rozłożeniu skromnych rozmiarów latawiec. W Tajlandii już widziałem takiego stwora (tu mam dowód), ale niestety z daleka, teraz wisiał mi biedak trzymany za ogonek tuż przed obiektywem. Szybko zrobiłem zdjęcie i chciałem, żeby strażnik już wypuścił biedne stworzonko, niestety zdjęcie chciał jeszcze zrobić Francuz i pewnie by mu się to szybko udało gdyby wpadł na pomysł użycia trybu makro. Niestety nie wpadł. to była w zasadzie jedyna sytuacja, w której przewodnik się jako-tako przydał. Poza tym to szedł szybko, był mało rozmowny i ogólnie nie sprawiał wrażenia rozmiłowanego w swoim zawodzie.

Po wizycie w parku ponownie wróciliśmy do wioski na śniadanie w porze obiadu, złożone z tych samych produktów co wczorajsza kolacja. Na szczęście ciągle smakujących tak samo dobrze. To były nasze ostatnie chwile na wyspie będącej królestwem ostatnich smoków na naszej planecie. Kolejnym punktem dnia miało być spotkanie z mantami, byłem bardzo ciekaw, czy dojdzie ono do skutku. No, ale o tym to będzie można przeczytać w kolejnym wpisie.




































































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz