środa, 4 stycznia 2017

Les Glaciers - góry i ruiny.

Kilka tygodni temu wybrałem się na szlak, by zwiedzić opuszczone budynki wyciągu górskiego i chociaż podejść pod lodowiec. Niestety za późno wyszedłem z domu, za dużo śniegu leżało mi na szlaku, za... No nie ważne, znalazłbym jeszcze kilka wymówek, ważniejsze, że udało mi się wtedy dotrzeć tylko do pierwszego z planowanych budynków. mocno mnie to gryzło, więc postanowiłem spróbować szczęścia ponownie.

Tym razem podszedłem do sprawy znacznie poważniej i pokombinowałem tak, żeby na szlak wejść koło siódmej rano, kolega z roboty właśnie o tej porze jechał popracować w sobotę, więc się z nim zabrałem. Był na tyle uczynny, żeby mnie podwieźć pod wjazd do tunelu pod Mont Blanc, a dokładnie stamtąd rozpoczynała się moja dzisiejsza droga. W pobliżu tunelu znajduje się most wiszący nad potokiem, tuż przed nim stoi słupek z tabliczkami wskazującymi turystom szlaki, jednym z tych szlaków podążyłem ja. Ubzdurało mi się, żeby iść w góry na początku grudnia, więc pierwszą godzinę musiałem maszerować z czołówką na kapeluszu, nie dość, że było ciemno jak u murzyna w.... kieszeni to jeszcze miejscami na szlaku leżał lód. Lepiej się było na coś takiego po ciemku nie wpakować. Generalnie pogoda od jakiegoś czasu przypominała wiosnę i upalne słońce roztopiło prawie cały śnieg zalegający na tych wysokościach, zostały po nim sporadyczne i zamarznięte kałuże. Takie w sam raz, żeby się na nich wyłożyć i potoczyć w kierunku najbliższego drzewa. 
Powoli mrok zaczął się rozrzedzać, a świat wokół odzyskiwać swoje kształty zatarte do tej pory przez ciemność nocy. Już pierwszy rzut oka w kierunku doliny wynagrodził mi wszystkie trudy podróży, Dolina, w której leży Chamonix wypełniła się mgłą, a ja zdążyłem już kawałek ponad tą mgłę się wspiąć. Miałem więc przed sobą mleczną, skłębioną rzekę rozlewająca się po dnie doliny, za którą powoli różowiło się niebo ponad skalistymi szczytami Alp. Widok raczej niecodzienny i zdolny poruszyć co wrażliwszą duszę, skoro ruszył moją to znaczy, że taką niewrażliwą też.


Obawiałem się, że obserwowane przeze mnie zjawisko szybko się rozproszy, z miejsca w którym się znajdowałem sporo zasłaniały drzewa więc przyspieszyłem tępo, żeby jak najszybciej osiągnąć lepszą lokalizację. Nie to, żeby mi się chciało, po prostu trzeba było wyzyskać okazję do dobrego (mam nadzieję) zdjęcia. W końcu udało mi się doczołgać do budynku starej kolejki górskiej podpisanego na mojej mapie jako La Para. Stamtąd miałem już bardzo dobry widok na dolinę, która ku mojej uciesze wciąż jeszcze była wypełniona mgłą. Załapałem się akurat na moment, w którym pierwsze promienie słońca zaczynały oświetlać szczyty gór na horyzoncie. No miodzio... Kiedy już nacieszyłem się krajobrazami, przyszła kolej na cieszenie się budynkiem. Dość dokładnie zwiedziłem go sobie przy ostatniej wizycie, ale to wcale nie znaczyło, że tym razem sobie tej przyjemności już odmówię. Gmach kolejki jest naprawdę sporym miejscem ze szczelnym dachem, co od razu kwalifikuje go jako idealne miejsce noclegowe w ewentualnej przyszłości, do tego jest tam w miarę czysto i bardzo klimatycznie. Zardzewiała instalacja wyciągu, osamotniony wagonik kolejki wiszący sobie smętnie w oczekiwaniu na podroż, która już nigdy nie nadejdzie, powybijane szyby i ogólna szarość betonu ścian rozproszona jedynie nieudolnym graffiti. Po prostu pięknie, brakowało mi tylko kałasznikowa na plecach i mutantów za oknem, żeby się poczuć jak w uniwersum Stalkera (podobno są jakieś gry komputerowe, ale ja świat Zony znam tylko z książek). Piękne miejsce, żeby popuścić wodze wyobraźni. Niestety, miałem na dzisiaj jeszcze trochę planów więc nie zabawiłem w La Para za długo, przecież wyżej była jeszcze jedna stacja i to ją chciałem dzisiaj zdobyć. Na razie dotarłem na wysokość 1685 m.n.p.m. Zostało mi jeszcze niecałe 800 m. podejścia, a to wcale nie jest mało. 
Teraz droga wiodła mnie większymi lub mniejszymi zakosami pod górę, przebiegając czasem w pobliżu starych słupów podtrzymujących liny kolejki, drzewa tutaj rosły coraz rzadziej, w zamian pojawiało się coraz więcej śniegu. Na razie nie był to żaden problem, ale moje stopy ubrane w letnie buty jakoś wcale się nie cieszyły wizją przyszłości. Nie chodzi tutaj o jakikolwiek chłód, buty mam wystarczająco ciepłe, w połączeniu z odpowiednimi skarpetami świetnie się w temperaturach pokroju dzisiejszej sprawdzały. Jedyny ich problem to brak możliwości szczelnego zasznurowania, przez co w głębszym śniegu mam zaraz pełno tego paskudztwa za cholewami, a stuptutów się jakoś do tej pory nie dorobiłem. No ale trzeba być twardym Słowianinem, a nie miękkim nindżą. Wychodziło mi się mozolnie i dość ciężko, ale dzielnie parłem do przodu wypacając z siebie kolejne porcje wody. Miałem na sobie nową na swój sposób kurtkę i dzisiaj ją testowałem po raz pierwszy w warunkach polowych, zakup pomimo sporej ceny związanej z wagą produktu na ciucholandzie okazał się nadzwyczaj udany. Nie dość, że nic nie przewiewało, to jeszcze dość skutecznie oddawała pot na zewnątrz. Bardzo mnie ten stan rzeczy radował, bo pomimo słońca to za ciepło nie było, a jakoś nie lubię kiedy mi koszulka przymarza do pleców.


Śniegu z czasem coraz bardziej przybywało, a mgły w dolinie ubywało, powietrze było przejrzyste, a humor dobry, jedynym mankamentem był szlak, znaczy na pewno był bardzo wyraźny kłopot w tym, że wcale ta wyrazistość z pod śniegu nie wystawała. Kiedy zrobiło się go już dość sporo, szedłem po śladach jednej, jedynej osoby, która z powodów zapewne równie niezrozumiałych co moje zaplątała się tutaj jakiś czas temu. Ale i te ślady ginęły mi czasem, wtedy musiałem radzić sobie samemu i wykorzystywać ścieżki wydeptane przez zwierzęta lub samemu sobie szukać odpowiedniej drogi. Śladów zwierząt widziałem masę, ale niestety ich samych nie udało mi się spotkać, no może z jednym wyjątkiem w czterech odsłonach. Już dość blisko celu mojej podróży zobaczyłem jakieś białe ptaszydło na kamieniu, z daleka to jak jakiś spasiony gołąb wyglądało, tylko skąd gołąb na ponad dwóch tysiącach metrów?? Chwilkę mi zajęło, zanim sobie uświadomiłem, że na pardwę górską w szacie zimowej spozieram. Upewniłem się, że to na pewno ten gatunek kiedy poderwała się do lotu i zobaczyłem czarne lotki w jej ogonie. Przy okazji zostałem szpetnie zwyzywany, widocznie wcale jej się nie podobała moja obecność, dość mnie zszokowały dźwięki które z siebie wydała, donośne i gardłowe pasowały bardziej do trolla czy innej Niemki, a nie dość sympatycznego z wyglądu ptaszka wielkości kuropatwy. Po chwili udało mi się jakimś cudem zauważyć, że to nie jedyny okaz jaki się tu znajduje, nieopodal na kamieniu siedziały jeszcze trzy inne, z daleka wyglądały jak kolejne plamki śniegu, chyba któraś się poruszyła i tylko dlatego zwróciłem na nie uwagę. Koniecznie trzeba było podejść, żeby zrobić kilka zdjęć, a potem ominąć je szerszym łukiem, żeby ich niepotrzebnie nie płoszyć, w końcu one tu były u siebie, a ja byłem tylko intruzem chcącym chociaż przelotnie zerknąć w ich życie i obyczaje. Budynek Les Glaciers już wyraźnie rysował mi się ponad głową, trzeba tam było jeszcze tylko dojść po śniegu. Szło się ciężko, ale sprawnie i bezpiecznie, tylko w jednym momencie musiałem bardziej uważać, trzeba było przejść około 50 metrów po dość pochyłym terenie który kończył się skarpą. To było jedno z tych miejsc, w których lepiej się nie przewracać, no ale wystarczyło odrobinę ostrożności żeby sobie z tym bezpiecznie poradzić. W końcu doczłapałem ku celowi podróży, dotarłem pod Les Glaciers stojący na wysokości 2414 m.n.p.m! Wiem, że taka wysokość to żaden wyczyn, ale weźmy tu pod uwagę, że stratowałem z wysokości tunelu pod Mont Blanc czyli 1274 m.n.p.m. i wyłaziłem w połowie grudnia (wiosenna pogoda nie jest tu żadną okolicznością łagodzącą). W każdym bądź razie czułem się mocno zadowolony, że udało mi się dotrzeć tam gdzie zakładałem. Moje zadowolenie jeszcze bardziej potęgowała piękna pogoda i mgła, która z powrotem zalała całe Chamonix. Widok po prostu wbijał w podłoże... Plan działania miałem taki, że najpierw zwiedzam to co jest tu do zwiedzenia, potem się lenię, a potem się zobaczy. Najpierw zajrzałem do mniejszego budynku stojącego pomiędzy wyciągiem, a lodowcem. Zdaje się, że zapomniałem nadmienić, że poza genialnym widokiem na dolinę miałem jeszcze równie genialny widok na pobliski lodowiec? (Tutaj można więcej o rzeczonym lodowcu przeczytać.) No miałem. Pierwszy budynek okazał się być dość skromnej kubatury i ze sporym burdelem na parterze, natomiast piętro... Tak, piętro to mnie zainteresowało, w miarę szczelne, bez okien, z dobrym dachem i kilkoma piankami z materacy dla chętnych na nocleg! Aż zacząłem żałować, że śpiwora i palnika gazowego nie mam w plecaku. Teraz przyszła kolej na budynek główny, drzwi wejściowe miałem zamknięte, ale okienko obok było otwarte, pewnie czyimś butem, do tego mocno oblodzone. Plecak zostawiłem na zewnątrz, a sam wśliznąłem się do środka, przecież jak ktoś zostawia otwarte okno to tak jak  by zapraszał. Wnętrze tego budynku wydało mi się co najmniej równie klimatyczne co poprzedniego, kiedy tylko znalazłem się w środku otoczyła mnie cisza przetykana jakimiś szmerami, czasem stuknięciami dobiegającymi gdzieś z zakamarków. Doskonale zdaję sobie sprawę, że hałasy były spowodowane topnieniem śniegu i odrywaniem się jakichś większych kawałków, ale to wcale nie psuło mi niesamowitości zastanej atmosfery, w końcu od czegoś się ma ta wyobraźnię? W dodatku stymulowaną tak sugestywnymi bodźcami jak opuszczony budynek pełen niesamowitych szmerów?


Obszedłem budynek gdzie się tylko dało, odnotowałem sobie kolejne miejsce sprzyjające noclegowi, zrobiłem kilka fotek i uznałem, że najwyższa pora na przerwę obiadową. Teraz trzeba się było tylko z budynku wyczołgać, szczerze przyznam, że bez raków to miałbym z tym lekki kłopot. Na stołówkę wybrałem sobie dziwny, ażurowy konstrukt pełniący chyba rolę dodatkowego wyciągu. Było gdzie usiąść, było sucho i był śliczny widok na góry. Gdy już wyłuskałem sobie jadło to pojawiło się jeszcze słońce. Akurat pokazało się pomiędzy górami nad lodowcem zalewając ciepłym światłem miejsce, w którym sobie spoczywałem i muskając fragmenty lodowca. Idealne warunki na sjestę.... 
Najedzony i wypoczęty zacząłem się zastanawiać co dalej, mogłem albo wracać tą samą trasą, albo przebijać się trawersem do pobliskiego i dla odmiany działającego wyciągu i tam wejść na szlak biegnący już do Chamonix. Druga opcja wydała mi się lekko problematyczna ze względu na śnieg, ale również znacznie bardziej interesująca. Dziarsko ruszyłem w planowanym kierunku, niestety daleko nie zaszedłem. po kilkudziesięciu metrach rozwalił mi się rak, na prawej nodze. Zatrzask od regulowania rozmiaru raka mi się poluzował i nie chciał już mocno trzymać. No k....urza nóżka, z trawersu nici, bo bez raków, mogę sobie nie poradzić. No pech, nie było już co kombinować, trzeba było wracać tą samą ścieżką. W jednym raku i z kosturem w ręku szło mi to nawet sprawnie i dość szybko zostawiłem za sobą zarówno Les Glaciers jak i śnieg na szlaku. Po drodze jeszcze udało mi się zobaczyć kozicę górską, która przecięła mój szlak wędrując gdzieś w tylko sobie znanym kierunku. Trochę się sprężyłem i około 16-tej byłem już na dworcu w Chaminix kupując bilet do La Fayet.


































































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz