środa, 4 grudnia 2013

Z Reykjaviku do Seydisfjordur cz. 1 // From Reykjavik to Seydisfjordur pt. 1.

W końcu nadszedł ten moment... Skończyliśmy pracę, zwiedziliśmy okolicę, pożegnaliśmy się z Gunnarem, który nas gościł przez tyle czasu i ruszyliśmy w drogę powrotną do Polski. Z łezką (szczęścia) w oku wsiedliśmy do auta i wjechaliśmy na drogę numer 1, by południem wyspy dotrzeć do Seyðisfjörður. Tyle, że nie zamierzaliśmy jechać tam bezpośrednio i od razu. Mieliśmy jeszcze sporo czasu do promu i jeszcze więcej do zobaczenia po drodze. W kilku kolejnych wpisach streścimy naszym wiernym (łudzimy się, że tacy istnieją ;] ) czytelnikom etapy podroży powrotnej Światosława i oczywiście zilustrujemy je nazbyt dużą ilością fotografii, po które zapraszamy na koniec artykułu.


Pierwsza część podróży była powtórką trasy jaką, ledwo kilka dni wcześniej zrobiliśmy z naszą przyjaciółką Ewą, nie wszystkie miejsca odwiedzaliśmy ponownie inne dwukrotnie, więc opisy poszczególnych fragmentów wypraw nie będą zamieszczone w tej samej kolejności, w której je widzieliśmy.

Pierwszym i chyba najbardziej malowniczym miejscem jakie odwiedziliśmy po drodze była dolina Reykjadalir leżąca obok miasteczka Hveragerði, przez którą płynie gorąca rzeka . W samym mieście są atrakcje warte uwagi, można tam między innymi zwiedzić tropikalne ogrody ogrzewane geotermalnie, ale nas interesowała przede wszystkim gorąca rzeka Varma (nie będzie chyba zaskoczeniem, jeśli napiszę, że w miejscowym języku to słówko znaczy właśnie "gorąca"). Poza tym ogrody i park geotermalny były już zamknięte dla zwiedzających po sezonie turystycznym. Aby dostać się do gorącej rzeki, trzeba najpierw przejechać kilka kilometrów po wertepach za miasto, aż do sporego i jak to na Islandii bezpłatnego parkingu. Stamtąd już tylko 3,8 kilometra spacerku przez niskie góry i jesteśmy w dolinie. Szlak jest wygodny i całkiem malowniczy, już na samym początku można zobaczyć kocioł błotny z gotującym się wewnątrz gruntem i pomniejsze gorące źródełka, jednak prawdziwe atrakcje czekają dopiero głębiej w dolinie.


Ścieżka biegnie dookoła doliny i rozgałęzia się na inne trasy piesze. Ja osobiście proponuję wybrać szlak biegnący lewą stroną doliny, ten po prawej jest bardzo podmokły, więc bez gumowców lub zamiennego obuwia lepiej go sobie odpuścić.

W całej dolinie widać buchające kłęby pary z różnych otworów w ziemi, pełnych gorącej wody lub błota, świadczące o charakterze tego miejsca. Środkiem doliny wije się Varma, sama rzeka nie jest gorąca, ciepło nadają jej gorące źródła wpływające do niej po drodze. Nie jest również głęboka, w kilku miejscach wybudowano małe tamy z kamieni, żeby choć trochę ją spiętrzyć. Jeśli pogoda sprzyja to w rzece będą się kąpać turyści, jest to największa atrakcja tego miejsca. Też mieliśmy taki zamiar przy pierwszej wizycie w tym miejscu z Ewą, ale paskudny deszcz i wiatr, który raz nawet oderwał Żywię od ziemi skutecznie nas do tego zniechęciły. Kolejnym razem do doliny wybrałem się sam, deszczu nie było, ale wiatr wiał niewiele słabiej niż poprzednio. Ja podziękowałem za kąpiel, ale kilkoro amatorów ciepłej wody w rzece dostrzegłem.


Bardziej byłem zainteresowany niesamowitymi kolorami wokół gorących źródełek, nie chce mi się ich opisywać, więc odsyłam do zdjęć ;)

Dolina kończy się (a właściwie zaczyna) małym wodospadem, którym rzeka do niej wpada. Miejsce mocno działa na wyobraźnię, pierwsze źródełka gorącej wody można dostrzec już w skale przy samym wodospadzie, lecz woda w rzece jest tam jeszcze chłodna.

Po opuszczeniu Hveragerði przez dłuższy czas nic szczególnie ciekawego po drodze nie dostrzegliśmy, aż do delty rzeki Markarfljót. Szerokie rozlewisko rzeki pełne wysepek z czarnego żwiru przypomina pustkowie z odległej planety. Rzekę przecina długi mostek, na którym mieści się jeden pas od czasu do czasu rozszerzający się w mijanki. Większość mostów na trasie jest jednopasmowa i raczej lekkiej budowy. U ujścia delty przy dobrej pogodzie widać wystające z oceanu skały wysp Vestmannaeyjar, na które można udać się promem i w sezonie lęgowym podziwiać pocieszne i towarzyskie maskonury. Nam się oczywiście nie udało, bo już dawno odleciały w siną dal.

Wyspy Vestmannaeyjar.
Kolejnym punktem przy, którym się zatrzymaliśmy był znajdujący się zaraz za deltą, wiszący wodospad Seljalandsfoss. Jest całkiem imponujący, wysoki na 60 metrów, a jego główna atrakcja to możliwość obejścia go dookoła pod skałami, z których spada. Wodospad znajduje się u podnóża lodowca Eyjafjallajökull po jego zachodniej stronie. Jeśli jedzie się z Reykiawiku na wschód, widać go doskonale z drogi, jeśli jedziemy w drugą stronę, łatwo go ominąć. Z internetu dowiedziałem się, że można przy nim zrobić bardzo ładne zdjęcia, niestety wiatr i deszcz skutecznie mi to uniemożliwiły. Na turystów czeka tu oczywiście wygodny parking, z którego trzeba przespacerować się, ledwo kilkaset metrów, żeby dotrzeć pod wodospad, więc zazwyczaj jest tu tłoczno i gwarno (a w gwarze dominują języki dalekiego wschodu).


Kilkanaście kilometrów dalej znajduje się kolejny wodospad pokaźnych rozmiarów o nazwie Skogafoss. Spada z tej samej wysokości co poprzedni, wydaje się jednak potężniejszy jego szerokość to około 20 metrów. Ten wodospad jest łatwo dostrzegalny z głównej drogi niezależnie od kierunku jazdy. Istnieje możliwość oglądania wodospadu z dołu lub wyjścia na wysokość, z której spada. Przy nim również ciężko się było nacieszyć widokiem z przyczyn analogicznych do poprzednich.

Punkty od lewej: jaskinia "sypialna", basen termalny, Skogafoss.
Pomiędzy obydwoma wodospadami znajduje się ciekawe miejsce, o którym nie każdy wie, a z tych którzy wiedzą, nie każdemu chce się iść do niego. Jest to stary, opuszczony basen termalny Seljavallalaug. Leży on w dolince wcinającej się pomiędzy skały, mniej więcej na wysokości środka lodowca. Żeby tam dotrzeć trzeba skręcić w drogę numer 242, pojechać nią najdalej na północ jak się da, a następnie urządzić sobie dłuższy spacerek niemalże do samego końca doliny. Znajdziemy tam przyklejony do zbocza, betonowy basen na świeżym powietrzu, ze stojącymi obok niego zabudowaniami, które służą za przebieralnię. Obiekt jest całkiem stary do użytku oddano go w 1927 roku i całkiem przestronny, 35 metrów długości i 10 szerokości to aż nadto. Woda w basenie nie jest za ciepła, ale jej temperatura w zupełności wystarczy, żeby sobie miło popływać.

Dokładne położenie dzikiego basenu.
Jeśli ktoś ma ochotę się pogrzać to może przystanąć w kącie, w którym ciepła woda wpływa przez rurę do basenu lub pod skałą po, której ścieka gorący strumyk. Miejsce jest raczej odludne, więc dość łatwo tam o brak towarzystwa, a zarówno sam basen jak i widoki w dolinie sprawiają, że warto się tam pofatygować.



Ostatnim punktem tego etapu wyprawy był oczywiście nocleg. Pogoda była wietrzna w islandzkim rozumieniu tego słowa, czyli każda próba rozbicia namiotu bez odpowiedniej osłony skończyłaby się wycieczką na prototypie paralotni. Trzeba było innego sposobu na przetrwanie nocy, wybraliśmy więc jaskinię znajdującą się tuż przy głównej "jedynce" w pobliżu basenu. Grota wyjątkowo sprzyjała naszym zamiarom, położona ledwo kilkanaście metrów od głównej trasy, dostatecznie wysoka, żeby wjechać do niej autem i z kawałkiem bitej drogi, do tego na tyle przestronna, że zmieściłby się w środku pomniejszy peleton.


Nie wprowadzaliśmy auta całkowicie do środka, bo nie było takiej potrzeby, poza tym Gunnar ostrzegł nas, że wjazd do jaskiń autem (podobno praktykowany na rożnych bezdrożach przez kierowców terenówek) może się skończyć słonym mandatem. Dno jaskini jest pokryte piaskiem i sprawia wrażenie karmnika dla owiec, znacznie ciekawsze są jednak ściany niemal całkowicie obrośnięte małymi paprotkami tak samo, jak i sufit.

Wewnątrz jaskini rozłożyliśmy sobie spokojnie namiot i pomimo szalejącego na zewnątrz wiatru skorzystaliśmy swobodnie z gazowej kuchenki turystycznej, żeby zrobić sobie kolację.

Powtórzę tu oczywistą raczej rzecz, że na Islandii nie ma z czego palić ognisk, poza tym nawet, gdyby się jakiś materiał znalazł, to mogłoby to być źle odebrane przez miejscowych, więc jeśli ktoś ma tam ochotę na ciepłe papu to kuchenka turystyczna jest raczej nieodzowna.

Noc minęła spokojnie, mimo że kilka razy przejeżdżały obok jaskini jakieś samochody, nikt nas nie niepokoił. Nie byliśmy pewni (nadal nie jesteśmy) czy wolno tam nocować, więc na wszelki wypadek przykryliśmy tył auta kocem, żeby lampy się zbędnie nie błyszczały. Zwracanie na siebie uwagi praktycznie przy każdym noclegu na dziko jest mocno niewskazane. Kolejnego dnia wstaliśmy wypoczęci i gotowi do dalszej drogi...

Hveragerði gorąca rzeka































Markarfljót delta rzeki




Seljalandsfoss wiszący wodospad










Seljavallalaug stary basen


Walka o ciepłą wodę wre.






Żółte tyczki mniej więcej wskazują trasę do basenu.

Skogafoss 

Skogafoss dziwnie kojarzył nam się z wodospadem Rauros, a tu powiernik Pierścienia z wiernym towarzyszem.



Jaskinia noclegowa










Znad wejścia do jaskini mogliśmy podglądać miejscowych rybaków.
Widok znad naszej jaskini.

Pełnia księżyca widziana z wnętrza jaskini.

Widok dość często spotykany podczas podróży po wyspie - urocze stare półziemianki kryte darnią.

Skała połykająca budynki farmy :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz