niedziela, 29 grudnia 2013

Serbia - twierdza Golubac.

Do tego niezwykłego zamku dotarliśmy przypadkiem szukając miejsc wartych uwagi na mapie (przed wyjazdem nie udało nam się zdobyć przewodnika i mocno tego żałowaliśmy), pytaliśmy nawet jakąś panią pilnującą rzymskich zabytków o ten punkt na mapie, ale nam powiedziała, że to nic specjalnego. Jako że i tak jechaliśmy mniej więcej w tamtą stronę, to pomyśleliśmy, że zajrzymy. No i to była bardzo dobra myśl! Budowla jest piękna, potężna i dobrze zachowana. Leży nad brzegiem Dunaju oddzielającego tutaj Serbię od Rumunii. W niektórych miejscach twierdzy widać w murach drewniane elementy, które dotrwały aż do teraz, w baszcie stojącej przy brzegu rzeki nawet widać było resztki belek stropowych. Pierwszym punktem, który zwraca uwagę po dotarciu na miejsce jest brama do twierdzy, przez którą przebiega jezdnia. Nie ma z tym żadnych kłopotów kiedy trasę pokonuje auto osobowe, natomiast kierowcy tirów muszą się popisywać nie lada umiejętnościami, aby przejechać na drugą stronę bez uszczerbku dla przyczepy. Sądząc po wyżłobieniach w sklepieniu bramy nie wszystkim udaje się tego dokonać. A ci, którym się poszczęści mają jeszcze do pokonania nieco większą bramę wyjazdową.


Obok bramy jest małe źródełko z tablicą ufundowaną przez polskich harcerzy, a upamiętniającą Zawiszę Czarnego z Grabowa. To właśnie w tej twierdzy najsławniejszy rycerz ówczesnej Europy został zamordowany przez Turków. Podczas oblężenia twierdzy w 1428 roku przez Imperium Osmańskie, Zawisza osłaniał wraz z wojskami zaciężnymi, którym dowodził odwrót wojsk Zygmunta Luksemburskiego, króla Węgier. Mimo wysłanej po niego łodzi ratunkowej, pozostał w twierdzy do końca, tam też został wzięty do niewoli i zabity. Samo źródełko również nazwano na cześć tego wielkiego Polaka.


Po przejściu przez bramę zaczęliśmy dokładnie myszkować po wszystkich zakamarkach ruin, a jest ich tam całkiem sporo. Twierdza miała charakter zdecydowanie obronny, mniejsze i większe baszty połączone murem bez żadnego zamku czy większych zabudowań wewnątrz. 

Do auta wróciliśmy trochę zmęczeni i powinniśmy odpoczywać, ale było jeszcze jedno miejsce, które nie dawało spokoju mojej ciekawości. Kawałek przed twierdzą znajduje się dziwny budynek przytwierdzony do skalnej ściany. Nie miałem pojęcia co to było, więc koniecznie chciałem sprawdzić, Gniewko również doszedł do wniosku, że warto, a Żywia z Gabrysiem woleli posiedzieć sobie jeszcze przy twierdzy. Po kilkunastu minutach marszu byliśmy już pod budynkiem. Stary, wyraźnie opuszczony i z powybijanymi szybami wyraźnie zachęcał do odwiedzin. Wejście do niego nie sprawiło nam większych kłopotów, widok wnętrza od razu skojarzył mi się z klimatami Mad Maxa, wszystko poniszczone, pordzewiałe i ledwo trzymające się kupy. Do tego na wysokości drugiego piętra dostrzegliśmy spory otwór w murze i skale z prowadzącymi do niego schodkami. Cóż było robić? Ostrożnie zacząłem się piąć do góry starannie unikając stawiania stóp na drewnianych elementach konstrukcji, metalowym też nie dowierzałem więc szło to powoli, ale skutecznie. Gniewko wykazał się większym instynktem samozachowawczym i zaczekał na dole. Wnętrze tunelu okazało się całkiem obszerne i również zaopatrzone w dodatkowe piętra do tego strasznie zagracone. Nadal nie mam pojęcia co to za obiekt, ale fajnie się zwiedzało.


Potem przespacerowaliśmy się jeszcze nieco dalej wzdłuż skał, znaleźliśmy małą jaskinię z nietoperzem w środku i kilka innych atrakcji typu dzik sprzed miesiąca roztrzaskany na skałach u brzegu rzeki.

Kiedy zrobiło się już trochę później, zabraliśmy się za rozbijanie noclegu. Odpowiednie miejsce, w którym można zaparkować auto i postawić namiot znaleźliśmy w pobliżu twierdzy obok nieczynnej budki wyglądającej jak informacja turystyczna. Znalazło się tam miejsce na ognisko, trochę opału i sporo wędkarzy dookoła. Nocą Twierdza jest dość dobrze podświetlona i robi jeszcze większe wrażenie niż za dnia, warto się wtedy znowu po niej powłóczyć lub spróbować zdjęć z dłuższym czasem naświetlania. 

Rankiem postanowiliśmy jeszcze dostać się do wyższych baszt, znaczy ja postanowiłem, a Gabryś i Gniewko postanowili się przyłączyć. Trzeba było powspinać się stromymi ścieżkami, na których Gabryś odpadł, Gniewko dzielnie wytrwał i razem udało nam się znaleźć ścieżkę na szczyt jednej baszty i podejść pod drugą, a przy okazji popodziwiać krajobrazy z dobrego punktu widokowego. Po zejściu wyruszyliśmy w końcu w kierunku punktu docelowego naszej wyprawy czyli Smederewa...












Tunele i ścieżki wydrążone w skale obok bramy wyjazdowej.


Takie widoki czekają wytrwałych którzy zechcą poszukać ścieżki prowadzącej na mury.




Wnętrze skalnego tunelu znalezionego w porzuconym budynku.


Widok na trasę prowadzącą pod tunel.
Wejście do skalnego tunelu wewnątrz budynku.











Dunaj i Rumunia po drugiej stronie rzeki.


Belki stropowe w jednej z baszt.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz