wtorek, 15 października 2013

Słowianie na walońskim szlaku - przemarsz historyczny w Górach Izerskich i Karkonoszach 11-13.10.13 // Slavs on the Wallon trail - medieval expedition in Jizera Mountains and Karkonosze Mountains.

Po kilkumiesięcznej przerwie wracamy na szlaki i bezdroża z historycznym ekwipunkiem. Tym razem wyprawa odbyła się na terenie Gór Izerskich i Karkonoszy, w składzie Tomasz, Żywia, Feima, czworonożna Tajga oraz chwilowo Marek. Trasa liczyła około 40 km po szlakach, bezdrożach, bagnach, kamiennych osypiskach i gęstych krzakach. Wybraliśmy termin 11-13 października jako najdogodniejszy dla wszystkich i na dzień przed przemarszem ja i Feima dojechałyśmy do miejsca zbiórki w Piechowicach, gdzie wspaniale ugościli nas Tomasz i Magda - za co jeszcze raz serdecznie dziękujemy :)


Walońscy poszukiwacze skarbów. Trochę historii.
Na początek warto wspomnieć na temat Walonów, których tropem podążaliśmy podczas naszej wędrówki... Mieszkańcy Walonii, krainy leżącej na pograniczu dzisiejszej Francji i Belgii, już we wczesnym średniowieczu byli znani i doceniani ze względu na swe umiejętności w pozyskiwaniu naturalnych bogactw takich jak metale i kamienie szlachetne. Tworzyli zamkniętą grupę wyspecjalizowanych górników, którzy swoją wiedzę przekazywali w wielkiej tajemnicy swoim następcom. W połowie XII wieku Walonowie wyruszyli w kierunku Siedmiogrodu, na zaproszenie węgierskiego króla Gejzy II, który pragnął założyć kopalnie złota. W czasie swej wędrówki natrafili na wyjątkowo zasobne w bogactwa i nieodkryte jeszcze góry. Część z nich pozostała na miejscu powoli odkrywając i przemierzając najwyższe partie Sudetów Zachodnich. Do dziś można odnaleźć miejsca, w których pozostawiali wyryte symbole, mające później ułatwić dotarcie do złóż cennych surowców, niczym w historiach o poszukiwaczach skarbów. Temat ten bardzo nas zafascynował i nadał całej wyprawie niezapomnianego klimatu i dreszczu emocji, zainteresowanych zachęcam do poszperania w internecie, a zacząć można od tego artykułu: Walonowie w Karkonoszach i Górach Izerskich.


Ostatni odcinek podejścia pod Stóg Izerski.

Droga na Suchacz nie była usłana różami, raczej zdradliwym błockiem :)

Góry Izerskie.
W piątek 11.10 z samego (no prawie) rana, wyszykowaliśmy się ostatecznie, odziali i podwiezieni przez Magdę do Świeradowa, ruszyliśmy szlakiem czerwonym na Stóg Izerski. Ta część trasy dała się nam we znaki, ponieważ podejście jest dość strome w porównaniu z późniejszymi trasami, a nosidła z ekwipunkiem lekkie nie były. Robiliśmy zatem dość częste przerwy, również z powodu "technicznych" poprawek bagażu, zwłaszcza tobołek Feimy wymagał dopracowania. Przy stacji kolejki gondolowej na Stóg Izerski odbiliśmy na żółty szlak i podążyliśmy w stronę szczytu Suchacz, a dalej Drogą Borowinową do Chatki Górzystów. Jesteśmy prawie pewni, że umknął nam wtedy spod nóg głuszec, co jest nie lada spotkaniem. Po drodze raczyliśmy się jagodami i borówkami, które tylko zaostrzyły nam apetyt na słynne naleśniki z jagodami z Chatki Górzystów. Nie odmówiliśmy sobie tej przyjemności i odstępując na pół godziny od historycznej konwencji, uraczyliśmy się ogromnymi, puszystymi naleśnikami z musem jagodowym i śmietaną gęstą jak marzenie. Zdecydowanie polecamy odwiedzić to miejsce. W okolicy Chatki wypadł nam pierwszy nocleg, znaleźliśmy osłonięte miejsce pod dwoma wielkimi świerkami i dosłownie w ostatniej chwili rozłożyliśmy wiatę, w kilka minut później zaczął padać kilkugodzinny deszcz. W czasie ulewy czuwaliśmy, aby dopilnować czy aby nas nie zalewa i faktycznie musieliśmy zainstalować kilka odprowadzeń wody zbierającej się wielkimi bąblami na powierzchni wiaty. Na szczęście deszcz ustał i resztę nocy mogliśmy przespać mniej lub bardziej spokojnie.


Próba rozpalenia ognia metodą historyczną, prawie udana.
Tomasz i drugie tyle bagażu :)
Jeden z postojów technicznych.



W drodze na Cichą Równię.
Od Chatki Górzystów ruszyliśmy niebieskim szlakiem w stronę Jagnięcego Jaru, przekroczyliśmy strumień, w którym w średniowieczu wypłukiwano złoto i granaty. Dalej szliśmy na Złote Jamy, a na przełęczy Rozdroże pod Cichą Równią spotkaliśmy się z kolejnym kompanem podróży Markiem, któremu obowiązki zawodowe nie pozwoliły towarzyszyć nam przez cały czas. Pokrzepieni nalewką pigwową przez zaintrygowanych naszymi strojami turystów, zaczęliśmy schodzić w dół jednego z potoków, który później wpada do rzeki Kamiennej. W tej okolicy rozbiliśmy drugi obóz, pomni doświadczeń poprzedniej nocy, konstrukcja wiaty była już odporna na wszelkie opady. I tej nocy nie obyło się bez ulewny, na szczęście i tym razem ustała po kilku godzinach i mogliśmy spać spokojnie. Przeprowadziliśmy także test dogrzewania się w nocy rozgrzanymi w ognisku kamieniami. Położone wokół ogniska otoczaki wielkości melonów, które nagrzewały się przez kilka godzin, włożone pod koc, rozkosznie dogrzewały nawet przez trzy godziny. Udało mi się nawet położyć pod gołym niebem blisko ogniska i obserwować nocne niebo, które w tym regionie jest niezwykle bogate - mało tu śmiecącego światła miast. Rano otuleni gęstym oparem mgły, zjedliśmy ciepłe śniadanie składające się z boczku i cebuli oraz wspaniałego kompotu jabłkowo- gruszkowego i ruszyliśmy w dalszą drogę - w stronę Karkonoszy.



Bagno wciąga.







Obóz II, zdecydowanie w lepszych warunkach.

Zbieranie kamyków grzewczych.
I zbieranie drewna na opał.
Nocleg w pełnej krasie.

Kompot z suszonych jabłek i gruszek.


Przecięliśmy rzekę Kamienną, po nocnym deszczu nieco wezbraną i mijając stare wyrobiska torfowe, przekroczyliśmy ruchliwą drogę do przejścia granicznego w Jakuszycach.

Kamienna lodowata jak zimowy poranek.




"No to idziemy tam!"
Bagienny rekonesans nikogo z nas nie przekonał do spaceru...
Zwłaszcza, że drąg przy brzegu z takiego...
... robi się taki.

Wyrobiska torfowe, ciekawe ile w nich pechowych Walończyków do wyłowienia?
Saga o dwóch wiedźmach
Karkonosze.
W Karkonosze weszliśmy całkowitym bezdrożem, kierowani znajomością terenu Tomasza, który co i rusz opowiadał nam o napotkanych skałach, powstawaniu minerałów i procesach geologicznych. Tym sposobem doszliśmy do nieczynnego wyciągu narciarskiego na Babińcu i szlakiem zielonym ruszyliśmy na Przedział. Góra to nijaka, paskudna i przeklęta, a właściwa jej nazwa powinna brzmieć Podmokła Dupa. W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że idziemy starym szlakiem, co do pewnego momentu było dość malownicze. Jednak trudności zaczęły się, gdy ten przerodził się w kamienisty strumień, a kilkadziesiąt metrów przed szczytem w bagno. Brnęliśmy więc dociskani ciężarem bagażu po łydki w chlupoczącym mchu, co chwila wyjmując połykane przez bagno buty. To zdecydowanie nieprzyzwoite, żeby bagno było na dość stromym zboczu góry! Do tego mieliśmy chwile zwątpienia, czy aby gdziekolwiek tędy dojdziemy, na szczęście okazało się, że wypadliśmy w planowanym miejscu i mogliśmy rozpocząć mozolne schodzenie w dół w kierunku schroniska przy wodospadzie Kamieńczyka. Człapaliśmy w mokrych butach ślizgając się po błocie i mchu, ale najgorsze było przed nami - podejście do schroniska jakiś sadysta postanowił wyłożyć wielkimi wystającymi otoczakami, w sam raz, żeby zwichnąć sobie kostkę lub połamać nogi. Ostatni etap okazał się równie męczący co pierwsze podejście, na szczęście niosła nas już świadomość, że na dole czeka Magda żeby zawieźć nas do cywilizacji.

Widłaki - botaniczny biały kruk.
A tu już posiłek w Karkonoszach



A oto seria skarbów wyłowionych z mchu! Ametysty :D



Turbo włóczęgi na końcu szlaku.
Uwieńczeniem wyprawy był spacer do skały z wyrytymi znakami walońskimi w Piechowicach, prawdziwa fraszka w porównaniu do ostatnich trzech dni.





Przemarsz dostarczył nam niezapomnianych wrażeń, bo przecież nieczęsto ma się okazję podróżować po jakimś regionie z prawdziwym fascynatem, który oprowadzi po niedostępnych miejscach i opowie niesamowite ciekawostki. Góry te mają magiczną i tajemniczą atmosferę, jakiej nie sposób doświadczyć nigdzie indziej. Mam nadzieję, że ta pierwsza historyczna wyprawa będzie początkiem dalszych projektów związanych ściśle z eksploracją Gór Izerskich i Karkonoszy przez walońskich poszukiwaczy skarbów. 

Na koniec kilka informacji na temat ekwipunku historycznego, dla chcących się przygotować do podobnej wyprawy. 

Prowiant:
podpłomyki (przepis na miękkie razowe podpłomyki wkrótce na blogu)
suszona wołowina w trzech wariantach - z czosnkiem, jałowcem i czosnkiem niedźwiedzim
cebula
czosnek
boczek
jajka na twardo
suszona ryba
suszone jabłka i gruszki
orzechy laskowe
świeże jabłka i gruszki
zioła do zaparzania
sól

Noclegi:
po dwa wełniane koce
lub skóra i koc
wiata
lina

Sprzęt:
miska śląska
gliniak
bukłaki
kora brzozowa, len zwęglony, puch pałki, krzesiwo, krzemień
maczeta/ ostra siekierka

5 komentarzy:

  1. Bardzo fajnie, bardzo fajnie, pozazdrościć:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cóż więcej dodać - i Izery i wyprawa były cudowne, co i w relacji i na zdjęciach widać :) Z rzeczy praktycznych - dodałabym do ekwipunku jeszcze jeden kocyk (dwa na się, jeden pod się), bo ociupinkę zmarzłam w nocy jednak :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Specjalnie nie pisałam o trzech kocach, bo to samobójstwo wagowe. Nieść aż trzy sztuki grubej wełny to automatycznie skazać się na zwyrodnienie pleców, ramion i wspomnień z wyprawy, lepiej futro i gruba sztuka do przykrycia.

      Usuń
  3. Cinek się popłacze, jak zobaczy co go omieło :( Piekna wyprawa...

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciekawie wyglądała taka wyprawa, Izery idealnie nadają się do historycznych eskapad. Zapraszam na Blizbor i jego zbocza, gdzie czasami pomieszkujemy.

    OdpowiedzUsuń