niedziela, 17 marca 2013

Relacja z planu filmowego "Cyril a Metoděj - apoštolové slovanů" cz. 2

Na scenach w skansenie spędziliśmy czas do środy, potem nadszedł czas lepszej zabawy, mianowicie trzeba było statystować w ataku Franków na Morawy. Tu niestety zabrakło już ról dla dziewczyn i praktycznie od czwartku do soboty nie miały już zajęć, część trochę pozwiedzała inne się poobijały, ale tak czy inaczej fajne to nie było. Większość z nas przywiozła jakiś sprzęt bojowy z kraju, w końcu chcieli wojowników do bitwy więc mieliby od razu uzbrojonych, no ale... I tutaj reżyser miał własną wizję tak więc wszystko co przywieźliśmy poza mieczami okazało się zbędne.





Miejscem kręcenia scen batalistycznych były pagórki, gdzieś za Velehradem, jako że nadeszła odwilż to dojazd tam był mocno utrudniony i przynajmniej kilka razy trzeba było wypychać busy z błota. Broń przyjechała w jednym z busów. Wszyscy szczęśliwcy dostali aluminiowe, ale nitowane kolczugi, oraz miecze (krótkie, szerokie) i włócznie z tego samego materiału. Dostaliśmy też hełmy i tarcze, oczywiście aluminiowe. Z bliska wyglądało to wszystko makabrycznie, zwłaszcza dla rekonstruktora.






Większość kolczug była porozcinana po bokach tak, że przypominały habity z rękawami, miecze z wyglądu podobne były raczej do gladiusów (jeśli ktoś miał dostatecznie dużo fantazji oczywiście), a nie do frankijskiej broni, groty włóczni też sprawiały drobne problemy z klasyfikacją, myślę że można by je było przypisać do północnych rubieży Mordoru lub południowych krańców Rohanu... tylko niektóre z hełmów kształtem przypominały znaleziska. Tak więc ubrani w tak wspaniały sprzęt ruszyliśmy do boju !!! Tyle że żadnego boju nie było. Najpierw mieliśmy biec w jedna stronę atakując, a potem uciekać. Albo staliśmy sobie za osłonami i rzucano w nas gumowymi strzałami, trzeba też było troszkę poumierać. Większości scen towarzyszył niebieski ekran, na którym będzie można podłożyć kolejne szeregi szarżujących. Kamera zazwyczaj była umieszczona na dachu sporego auta terenowego żeby nas ładnie ująć, ale były też ciekawsze sceny. Na przykład szarża tarczowników, biegliśmy w kierunku kamerzysty, a on uciekał przed nami biegnąc tyłem i kręcąc nas jednocześnie lub szarża z którą równolegle jechało auto z kamerą. Udało nam się zobaczyć tylko fragmenty tych nagrań kiedy przeglądał je reżyser i muszę powiedzieć, że wyglądały bardzo epicko. Mniej epicko wyglądała moja pierwsza scena ze śmiercią. Grupa kilkunastu ludzi biegła wzdłuż niebieskiego ekranu i w odpowiednim momencie dwóch z nas musiało upaść udając, że oberwali strzałami. Ja padłem na wznak, nieszczególnie się oszczędzając, obok padł ktoś inny i było by wszystko ładnie, gdyby nie włócznia mojego sąsiada, która też musiała gdzieś upaść. Nie wiedzieć czemu upadła mi żeleźcem na pysk ;/ Mogła upaść obok mnie lub mogła uderzyć mi w twarz drzewcem albo chociaż upaść płaską stroną. Niestety nie była tak mila. Oberwałem bokiem ostrza pod wargę zyskując dzięki temu dziurę na wylot (mogłem sobie w tym całkiem spory tunel założyć) i obruszane zęby. Generalnie nic przyjemnego, panie od charakteryzacji zdezynfekowały mi to czymś i wróciłem do gry. Po jakimś czasie zjawił się kierowca i zabrał mnie do szpitala na połatanie, z planu filmowego poza wspomnieniami, zabrałem sobie jeszcze 6 szwów w pysku. Sama warga okazała się bardzo nikłym problemem w porównaniu z zębami, naiwnie myślałem że to nic strasznego, ale pierwszy gryz (a raczej próba gryza) kanapki wyprowadził mnie z błędu. Przez kolejne dni kanapki rwałem sobie na kawałki i delikatnie wkładałem do ust żeby ominąć siekacze. Po poskładaniu wróciłem do gry choć już znacznie bardziej uważałem co się dzieje wokół. Trzeba przyznać że niektóre ze scen bywały groźne, gdy kręciliśmy scenę w której wybiegamy wszyscy z za zasłon i niektórzy z nas padają, na prawdę trzeba było być ostrożnym. Zwłaszcza jeśli jakiś kloc upada tuż przed tobą, a ty nie dasz rady go przeskoczyć i czeka cię krótki lot z twardym lądowaniem, kawałek za nim.





Te sceny z wybieganiem powtarzaliśmy wielokrotnie. Kompetentne ku temu osoby wyznaczyły na pagórku sektory, w których mieliśmy się mieścić przy ataku. Po nakręceniu sceny w jednym sektorze, trzeba było przetoczyć zasłony na kolejny sektor i scenę powtórzyć od nowa i tak z 8 razy. Po zmontowaniu tego wyjdzie całkiem potężna armia.





Muszę przyznać, że sceny batalistyczne były znacznie bardziej ciekawe niż te w skansenie i istnieje nawet cień nadziei, że w filmie zaplącze się jakieś zbliżenie w którym dam radę się rozpoznać. Na łączce spędziliśmy czwartek i piątek, biegając tam i z powrotem, udając całą armię. Piątek był dla mnie i Żywii ostatnim dniem w Czechach, po zdjęciach zabrałem się do pokoju, który okupowaliśmy i dopakowałem resztki rzeczy, których nie spakowała za mnie Żywia. Następnie poczekaliśmy sobie trochę na wypłatę i wieczorem ruszyliśmy w drogę powrotną.





Podsumowując całokształt, uważam wyjazd za całkiem udany. Pomimo ran chłodu i ogólnego burdelu organizacyjnego (powiedzenie "czeski film" ma głębokie uzasadnienie o czym wiem już teraz doskonale) bawiliśmy się tam całkiem nieźle, zobaczyliśmy jak wygląda świat filmu od strony producenta i zarobiliśmy kilka halerzy. Spędziliśmy do tego sporo czasu z bardzo sympatycznymi ludźmi, zarówno naszymi rodakami jak i Czechami. Koniecznie muszę tu jeszcze podziękować za wszystko naszemu dobrowolnemu menadżerowi, tłumaczowi i świetnemu kompanowi w jednym czyli Jaroslavovi Rabajdzie za wszelką pomoc i wsparcie dla całej, polskiej grupy no i pozdrowić wszystkich, którzy musieli mnie znosić przez tak długi kawał czasu :)



/mojmir/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz