czwartek, 14 marca 2013

Relacja z planu filmowego "Cyril a Metoděj - apoštolové slovanů" cz. 1

Być odtwórcą historycznym to nie tylko noclegi w śniegu, żucie suszonego mięsa i wgięcia na hełmie po kolejnym festiwalu, czasem zdarzy się odmiana, na przykład rola w filmie. I o takiej właśnie odmianie będę tutaj pisał :)

fot. Ż. Bryczka do zadań specjalnych - mrrrr
fot. Ż. Mojmir w wersji chłopa wielkomorawskiego.
fot. M. Odtwórca roli księcia Świętopełka - Jan Jankovsky.
W Czechach, z okazji nadchodzącej 1150 rocznicy przybycia apostołów Słowian na Morawy, kończone są właśnie prace nad filmem "CYRIL A METODĚJ" traktującego o życiu obydwu świętych. Jak jest film to i aktorzy są potrzebni. Jakoś tak się złożyło, że role pierwszo i drugoplanowe były już obsadzone, ale zaistniało zapotrzebowanie na aktorów do planów dalszych, czyli takie ciemne plamki, które snują się gdzieś w tle, żeby ładniej wyglądało. Informację o niedoborach tych ostatnich dostaliśmy od przyjaciół z Białogrodu, niewiele myśląc postanowiliśmy się zgłosić, w końcu to nowe doświadczenie, coś czego jeszcze nie robiliśmy, punkcik w CV i nawet jakieś pieniądze. Z początkowych zapowiedzi wynikało, że film ma być historyczny i dlatego potrzebują rekonstruktorów, żeby zabierać tylko sprzęt, który będzie pasował do epoki i tak dalej, czyli bardzo obiecująco się zapowiadało, do tego nocleg i wyżywienie też miały być zapewnione. Poza nami udało się uzbierać jeszcze 16 osób i taką wesołą gromadką, pełni optymizmu ruszyliśmy na podbój czeskiej kinematografii. Nasza przygoda z wielkim kinem rozpoczęła się 23 -go lutego od wizyty w "kostiumerni", by zaprezentować nasze stroje. Tu już dopadł nas pierwszy szok, w owym przybytku zgromadzonych było sporo teatralnych łachów, ale żaden nie przypominał historycznego ubioru, do tego niektórzy z nas (ze mną włącznie) dowiedzieli się, że ubrania nie mogą być za białe i, jeśli ktoś takowe posiada powinien je wymienić na inne własne lub dostanie jakieś ze składu, dziwnym trafem wszyscy woleli swoje. Ci, którzy nie posiadali płaszczy, dostali jakieś dziwne rzeczy mające je imitować i na tym się oględziny zakończyły, można już było się udać do naszego lokum w Velehradzie. Tu akurat zaskoczenie było całkiem miłe, bo wylądowaliśmy w świeżo wyremontowanym domu pielgrzyma z ciepłą wodą, ładnymi łazienkami i innymi luksusami, do których przywykł biały człowiek. Wieczór ten jak i kolejne wykorzystywane były do integracji z Czechami, którzy również zostali zaproszeni w kilkadziesiąt osób do udziału w filmie. O wieczorach nic nie opowiem, bo wolałem czytać książki zamiast chlać z innymi. 

fot. (?) Prawie cała damska część polskiej ekipy.
fot. Olof. Prezentacja najnowszej kolekcji lisich futer.
No, ale przejdźmy w końcu do meritum, czyli tego jak wygląda kręcenie prawdziwego filmu, bo film jest własnie taki prawdziwy - prawdziwy i nawet w czeskich kinach będzie. 
Dzień aktora trzecio lub dalszoplanowego zaczyna się wcześnie, o 6.30 rano musieliśmy być już w hotelu, w którym znajdowała się "kostiumeria" i "maskiernia". Wszyscy stawilismy się punktualnie, nasze stroje zostały zaaprobowane i ... potem trzeba było czkać aż do godziny 8 -mej, żeby cokolwiek się dziać zaczęło. Pierwsze sceny w jakich braliśmy udział były kręcone przed zrekonstruowanym kościołem przy skansenie Modra. Tak, więc jedni z nas mieli wychodzić z kościoła, inni mieli stać sobie przed kościołem, czekać na wychodzących i nic ponad to .

fot. M. 
fot. Ż. Przenośne promienie słoneczne do ustawienia w otworach drzwiowych lub okiennych.
fot. Ż. Człowiek Chochoł podąża na miejsce biesiady karnawałowej.
Najpierw następował klasyczny klaps tabliczką, na którym był wymazany numer sceny dokonywany przez młoda damę, która głównie tym się zajmowała. Chwilę po tym padało hasło a... Akce! I wszyscy rozpoczynali swoją grę wczuwając się w role za pierwszym, czwartym czy ósmym razem. Reżyser za każdym razem twierdził, że było wybornie, ale zróbmy to jeszcze raz. Przygotowania do rozpoczęcia zdjęć trwały dość długo, przerwy pomiędzy powtórzeniami też. Zawsze myślałem, że łatwiej to wszystko zorganizować do powtórek, ale byłem w błędzie. Tak, więc staliśmy sobie na śniegu w przemokniętych butach, cierpiąc dla sztuki i czekając na kolejne "akce". No i tak właściwie wygląda rola aktora trzecioplanowego, jest się tłem dla wydarzeń, którego prawdopodobnie i tak nie będzie widać w kadrze. Były też sceny w samym skansenie, gdzie należało przejść z punktu A do punktu B gdzieś w zasięgu kamery. Był pogrzeb Metodego, w którym szedł korowód ze świecami w rękach i smutkiem na twarzach. Oczywiście wszystkie sceny powtarzane po kilka razy i to bliżej krańcowej wartości "kilku". Ciekawszą sceną była uczta z okazji dziadów. Wszyscy zasiedliśmy w odpowiednim pomieszczeniu, w kącie, z tyłu umieściła się kapela, ja wylądowałem na belce pod sufitem, z bębenkiem w ręku. Wszyscy uczestnicy mieli mieć maski, które przygotowane były jeszcze w Polsce, niestety wizja reżysera nieco różniła się od wizji naszych przodków. Musiałem swoją rekonstrukcję rusińskiej maski zamienić na jakiś futrzasty badziew z różkami sarny dla przykładu. Kamera stała na wciągniku dzięki czemu można było zrobić płynne ujęcie całej sali od góry i przejść do zbliżenia na kniazia Świętopełka, po kątach stały lampy na stojakach z pomarańczową folią, które imitowały blask ognia a pomiędzy aktorami uwijały się panie makijażystki zawzięcie brudząc twarze wszystkim uczestnikom. Reżyser nie doczytał tez, że Słowianie czasem się myli. Na planie zazwyczaj prowadził wszystko zastępca reżysera ochrzczony przez nas Metatronem (może z napisów końcowych w filmie się dowiem jego nazwiska), wiecznie uśmiechnięty i nietracący dobrego humoru Czech przed czterdziestką. W jednej z pierwszych scen miałem podejść do Żywii i ją pocałować, od tej pory zyskałem sobie u niego ksywkę romantyk i już mnie tak nazywał do końca pobytu. Żywia stwierdziła, że jeszcze żadna z ksywek tak bardzo do mnie nie pasowała a ja nie pojmuję dlaczego tak uważa :D Inną sceną, która może wyjść całkiem ładnie na ekranie a na żywo wyglądała strasznie tandetnie, było poświęcenie mieczy. Tym razem staliśmy sobie w półkolu, przed nami stały aluminiowe miecze powbijane w śnieg i co chwila któryś z nich się przewracał. Niektórzy z nas mieli pochodnie w dłoniach i tak czekaliśmy sobie aż Metody poświęci miecze, w odpowiednim momencie mieliśmy przyklęknąć, powiedzieć amen i to tyle z roli. Trwało to kawał czasu, co powtórka, trzeba było gasić pochodnie, zajmowali się tym panowie z kawałkami kewlaru w rękach, którzy na zmianę gasili nam te pochodnie, a potem moczyli w łatwopalnym płynie i odpalali ponownie. Z 10 takich kursów zrobili. 

fot. M. Wnętrze hali w której kręcono sceny karnawału.
fot. M. Tak się robi klimat światłem.
Była scena chrztu, w niej aktor, który miał być poddany rytuałowi oczyszczenia z grzechów siedział w drewnianej bali z (ciepłą) wodą, na zewnątrz, ubrany tylko w zwiewne giezło i piankę do nurkowania pod spodem. Było pojmanie uczniów Metodego, w niej biedni aktorzy zostali przepędzeni przez środek skansenu, niektórzy bez koszul, choć temperatura otoczenia nie przekraczała dwóch stopni Celsjusza. koniecznie trzeba też wspomnieć o strażnikach grodu albo raczej ich strojach... Biedni ludzie zostali poubierani w jakieś skórzane pancerze i wysokie buty dostając do tego tarcze przypominające z daleka wielkie guziki, ale najciekawsze były czapki. przypominały pilotki tylko z bliżej niewyjaśnionych przyczyn miały podoszywane kawałki futra na brwiach, skroniach i, gdzie tam jeszcze popadło. nikomu przez gardło nie przeszło nazywać ich w tym wojownikami, więc przyjęło się gobliny... Właściwie to gobliny w innych filmach wyglądały lepiej niż Morawianie tutaj. Na całym planie panował rozgardiasz, ekipa filmowa biegała z jakimiś ekranami ustawiając je, gdzie tam akurat były potrzebne, ktoś inny ciągle rozpylał sztuczny dym, żeby było klimatycznie. Aktorzy, którzy akurat nie brali udziału w danej scenie, stali sobie w zwykłych kurtkach narzuconych na kostiumy i palili papierosy. Niektórzy z naszej grupy dostawali też angaże w bardziej kameralnych scenach, ktoś tam dostał kieckę i na tle błękitnego ekranu udawał Rzymianina, ktoś inny biegał w habicie jako uczeń Metodego. 

fot. M. Przygotowania do sceny chrztu. Do cebrzyka już pompują wodę, którą uzupełnią kilkoma wiadrami ciepłej , żeby aktor nie zamarzł :)
fot. M. 
fot. M.
W tych wszystkich scenach najbardziej cierpiały nasze stopy, śnieg pod nimi był mokry i roztapiał się przemaczając buty a temperatura była na tyle niska, że ciężko było utrzymać ciepłe stopy, zwłaszcza że częściej trzeba było stać niż chodzić. Poza tym nie było źle, czasem nawet dostawaliśmy ciepłą herbatkę czy kawkę. A na przerwie obiadowej można się było odrobinę zagrzać. 

fot. M.
fot. M. Kantyna dla statystów. Ciężka robota.
No a skoro jesteśmy przy obiedzie to warto zaznaczyć, że z deklaracji na temat żywienia pozostał tylko niesmak. Okazało się, że zamiast posiłków będzie po 80 koron na dzień dla każdego z czego 50 koron zostanie odebranych nam na pokrycie kosztów noclegu o czym tez nie wiedzieliśmy przed wyjazdem. Na szczęście Polak potrafi! Więc zorganizowaliśmy się i ciepłe posiłki na kolację robiliśmy sobie sami, jedni obierali papu inni coś smażyli inni gotowali a jeszcze ktoś inny zmywał potem gary i to wszystko poszło nam całkiem zgrabnie i bez zgrzytów w dodatku wyszło całkiem tanio i bardzo smacznie. Choć oczywiście bez przygód się nie obyło.... Dzięki temu, że ktoś przypalił grzanki do zupy, mieliśmy okazje poznać bardzo miłych panów strażaków, którzy przyjechali w odwiedziny z powodu alarmu przeciwpożarowego uruchomionego dymem. 

A tutaj fragmenty filmu już zmontowane:



/mojmir/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz