Kolejna niedziela, kolejny wolny dzień na Saharze. Zainspirowany wrakiem statku, do którego się dostałem u wybrzeży Atlantyku pomiędzy Foum el Oued a Marsą, chciałem zobaczyć kolejny. Doszły mnie słuchy, że gdzieś tam nad oceanem leży jeszcze jeden porzucony statek, trzeba go było tylko namierzyć. Przeszukując zdjęcia z map satelitarnych, odnalazłem wrak sporego promu spoczywającego blisko brzegu, nieco na południe od leżącej już w Maroku miejscowości Tarfaya. Musiałem się tylko do niego dostać.
Miałem do dyspozycji firmowy samochód i nie zamierzałem zawahać się, by go użyć. Opcje miałem dwie, albo droga krajowa nr 1, czyli trasa, którą codziennie jeździliśmy do pracy, albo znacznie mniej uczęszczana Rte Tarfaya Foum el Oued, biegnąca niemalże wzdłuż linii Atlantyku. Zdecydowałem się na tę drugą opcję. Byłem ciekaw, jakie widoki mnie tam czekają, i muszę przyznać, że mnie nie zawiodły. Z okna widziałem piękne, choć oczywiście zaśmiecone wydmy i pustynne krzaczki. Z racji silnego wiatru unosił się nad nimi drobny piasek, nieco rozmywając kontury i jednocześnie dodając scenerii dramatyzmu. Było na tyle interesująco, że kilkakrotnie musiałem się zatrzymać, żeby wykonać jakieś fotografie. Wydmy nie były wielkie, ale cóż z tego, skoro były? Zostały naniesione siłą wiatru na twarde podłoże kamienistej pustyni, która często spomiędzy nich wystawała, dając podłoże dla korzeni miejscowych zarośli. Wydmy oczywiście nie są tworami stałymi, wiatr wciąż je przemieszcza i od nowa modeluje, widać to było wyraźnie na niektórych fragmentach jezdni, zdrowo przez ten piach już zasypanych. Gdzieniegdzie na pustyni dało się zauważyć liche chatki ludu Sahrawi (przynajmniej tak stawiam, bo wątpię, żeby Marokańczykom, którzy tu przyemigrowali, chciało się żyć w takich warunkach). Kwadratowe, zbudowane z nie zawsze otynkowanego kamienia i z płaskimi dachami. Zdecydowanie nie wyglądały na miejsca, które da się posądzić o jakikolwiek luksus, a mimo to były prawdopodobnie schronieniem dla całych rodzin tych niegdysiejszych nomadów. Niestety nie miałem okazji obejrzeć takiej chatki od środka, miałem natomiast okazję porozmawiać z mieszkańcem jednej z nich.
Jadąc sobie mocno opustoszałą drogą, zauważyłem starszego pana stojącego przy jezdni i łapiącego „stopa”. To dość popularny w tych stronach sposób transportu. Jako że miałem puste auto i pewną dawkę dobrej woli, zatrzymałem się i zaprosiłem go do środka. Facet wyglądał dokładnie tak, jak wyobrażałem sobie Berbera, miał na sobie jasnobrązową dżalabiję i czarny turban, z którym kontrastowała twarz mogąca swobodnie uchodzić za europejską w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Oczywiście nie wiem, czy Berberem rzeczywiście był, natomiast trafił w moje wyobrażenie o tym ludzie wręcz idealnie. Czytałem gdzieś, że ci ludzie potrafią mieć nawet rude lub blond włosy i jasne oczy. Taka tam ciekawostka z nie do końca czarnej Afryki. I on, i ja mieliśmy ochotę na dłuższą rozmowę, niestety bariera językowa ograniczyła ją do gestów wspieranych pojedynczymi wyrazami po hiszpańsku i angielsku. Mimo to jakiś stopień komunikacji udało się nam osiągnąć. Przynajmniej na tyle, żebym wiedział, gdzie tego sympatycznego pana mam wysadzić. Pozwolił mi również się sfotografować, a to w tych rejonach wcale takie częste nie jest. Nadrobiłem trochę drogi, żeby go odstawić do Tarfaji, i zawróciłem auto. Jakoś nie miałem ochoty zwiedzać miasta, kiedy na mnie wrak statku czekał. Wypatrzyłem go już z jezdni, teraz trzeba było tylko tam znowu podjechać.
Dotarłem! Przy jezdni w pobliżu promu był spory, ale całkowicie pusty parking, z którego trzeba było przejść kilkaset metrów na brzeg oceanu. Wrak widać było już z parkingu, spory, zalany zaciekami rdzy, nadgryziony zębem czasu, lekko przechylony na prawą burtę. Skąd on się tam w ogóle wziął i dlaczego? Otóż Assalama, bo taką właśnie nazwę w dniu katastrofy nosił, był promem kursującym pomiędzy Wyspami Kanaryjskimi a Tarfają, szło mu to całkiem dobrze, ale 30 kwietnia 2008 roku zakończył swój żywot w dość gwałtowny sposób. Pod koniec rejsu, już w porcie, coś nie poszło z manewrowaniem i statek uderzył w dok portowy. Masa pomnożona przez przyspieszenie dała ogromną siłę, która wybiła dziurę w kadłubie statku. Statek w takim stanie nie był w stanie bezpiecznie zawinąć do portu, kapitan podjął w tej sytuacji decyzję o osadzeniu promu na mieliźnie. Załogę i pasażerów przetransportowano na ląd, a statek z mielizny już się nie ruszył. Był za stary i nazbyt mocno uszkodzony, żeby go naprawiać, a właścicielowi nie chciało się po sobie posprzątać, więc prom stoi sobie na skałach do tej pory i jest już atrakcją turystyczną.
Niestety szybko spotkało mnie wielkie rozczarowanie... Prom był za daleko od brzegu, a fale były za wysokie, żeby w ogóle pomarzyć o próbie dostania się na pokład bez użycia łodzi. A szkoda... Łodzi oczywiście przy sobie nie miałem ani nie widziałem żadnej w pobliżu. A co widziałem? Oczywiście prom wystający z oceanu, wokół niego wzburzone fale i spory kawałek skalistego dna morskiego odsłoniętego przez odpływ. Dodam jeszcze, że dna bardzo intrygująco wyglądającego. Skały, z których było zbudowane musiały erodować bardzo nierównomiernie, powstała przez to cała sieć niewielkich zagłębień oddzielonych od siebie wąskimi ściankami pokrytymi osadami i glonami. Zdaje się, że patrzyłem właśnie na platformę międzypływową z basenami pływowymi. Wyglądało to jak wielka spękana szyba, która porosła glonami. W każdym z tych mini baseników kwitło bujne życie, które mogłem sobie obejrzeć bez konieczności nurkowania. Dno od suchego lądu oddzielał niewielki klif, na którym stały liche zabudowania z obejściem urozmaiconym przez pordzewiałe beczki i inne rupiecie. Czyli w każdą stronę było coś ciekawego. Skoro nie mogłem pozwiedzać sobie wraku, to uznałem, że pozwiedzam sobie wybrzeże. To też jakaś atrakcja. Łaziłem więc po mokrych skałach, obserwując strzykwy, jeżowce i inne morskie stwory. Gapiłem się głównie pod nogi, więc nieco mi zajęło, zanim zorientowałem się, że nie jestem sam. Ze sto metrów ode mnie zauważyłem starszego człowieka z niebieskim worem i kawałem grubszego drutu w dłoniach.
Zaintrygowany zacząłem obserwować, jak dłubie swoim niezbyt skomplikowanym, zakrzywionym na końcu narzędziem pod kamykami. Podszedłem bliżej, by dowiedzieć się, czego szuka. Oczywiście nie mówił po angielsku, ale mimo to zrozumiał intencję pytania. Możliwe, że mój paluch skierowany w jego worek nieco pomógł. Pan odwrócił go i wywalił mi pod nogi kilka ośmiornic. Niektóre mocno ucierpiały w starciu z jego drutem, inne wyglądały na nietknięte, ale wszystkie i tak czekał ten sam garnek. Do tej pory żywą ośmiornicę widziałem tylko raz, podczas nurkowania z fajką gdzieś w chorwackim Adriatyku. I to był ten jedyny raz, kiedy wszedłem do wody bez aparatu fotograficznego. Do tej pory nie umiem sobie tego wybaczyć. Tym razem miałem aparat pod ręką i skwapliwie go wykorzystałem. Nawet pan, łowca, pozwolił się sfotografować. Podziękowałem mu grzecznie, choć pewnie dla niego niezrozumiale, pomogłem pozbierać ośmiornice i ruszyłem na dalszą eksplorację terenu. Skoro już wiedziałem, jakie głowonogi tu występują, to postanowiłem też jakiegoś znaleźć i oczywiście mi się nie udało.
Udało mi się natomiast coś innego i okazało się, że to właśnie był gwóźdź programu na tym wyjeździe, który swobodnie zepchnął widok zrujnowanego promu na drugie miejsce. Otóż pan od ośmiornic zniknął z horyzontu, ale w zamian za niego pojawił się nad wodą inny człowiek. Młodszy, może syn lub bliski krewny? Nie pytałem, spytałem natomiast, co takiego on tutaj robi z łyżeczką w ręku? Miałem dzisiaj jakiś wyjątkowo udany dzień do kontaktów z miejscowymi i postanowiłem go nie zmarnować. Okazało się, że pan przyszedł tutaj przekąsić kilka jeżowców. Na szczęście mówił choć trochę po angielsku i była to bardzo miła odmiana. Pokazał mi znalezionego jeżowca, następnie wyciągnął małe nożyczki do papieru i wyciął w jeżowcu koło wokół otworu gębowego. Wywalił go razem z odrobiną flaków, a następnie włożył do środka tego, co zostało, swoją łyżeczkę i wyjął na niej coś wyglądającego jak drobne, pomarańczowe jajeczka, a będące gonadami jeżowca. Oczywiście chciałem go przy tym sfotografować, ale na moje pytanie o zdjęcie kategorycznie odmówił. Zgodził się tylko na sfotografowanie jego dłoni w czasie zabiegów chirurgicznych na jeszcze żywym i już nieżywym jeżowcu.
Szczerze przyznam, że byłem bardzo mocno zaskoczony tym, co widzę, do tej pory nawet nie wiedziałem, że jeżowce mogą służyć do czegoś innego niż wbijanie się w gołą stopę, a tu taka niespodzianka. Na samym oglądaniu się nie skończyło. Pan przepłukał łyżeczkę w morskiej wodzie i mnie też poczęstował. Serio, nie trzeba mnie było długo namawiać. Teraz by wypadało jakoś opisać smak wnętrzności tego szkarłupnia, ale to nie jest takie proste. Na pewno był słonawy i wyraźnie morski, choć jedno i drugie raczej nie zaskakuje. Nie było to może pożywienie wybitne, nie było też odstręczające, ale na pewno było ciekawe. Ważniejsze niż sam smak były okoliczności, w jakich go poznałem.
Niezbyt gorący, ale wietrzny dzień na afrykańskiej pustyni, fale oceanu rozbijające się o przybrzeżne skały i nieznajomy Saharyjczyk częstujący mnie morskim stworem, którego przed chwilą wyrwał spomiędzy kamieni. Gdybym dostał coś takiego w restauracji, to uznałbym to za co najwyżej ciekawostkę, jednak okoliczności nadały tej degustacji rangę mocnego przeżycia. Do tej pory pamiętam, jak grupka dzieciaków spotkanych na maleńkiej, niezamieszkanej wyspie w Indonezji karmiła mnie i Żywię rybami i morskimi ślimakami pieczonymi na ognisku. To była ta sama ranga przygody. Nie chciałem człowiekowi głowy za długo zawracać, więc podziękowałem i oddaliłem się w poszukiwaniu kolejnych jeżowców. Skoro już wiedziałem, że są jadalne i co z nich zjeść można, to postanowiłem sobie tę wiedzę utrwalić. Skończyło się śmiercią dwóch kolejnych żyjątek i nieudolnymi próbami wyjadania ich gonad za pomocą noża. Otwieranie ich za pomocą tego samego narzędzia też jakoś wyjątkowo zgrabnie mi nie poszło. Ważne, że dostałem się do wnętrza, nie tracąc przy tym palców ani nie zyskując kolca wbitego pod paznokieć.
Z jadalnych ciekawostek znalazłem jeszcze na klifie kępkę kaczenic, ale nie dość, że było ich bardzo mało, to jeszcze nie bardzo wiedziałem, jak się zabrać za ich przyrządzenie, więc zostały jedynie moimi modelkami do fotografii plenerowej, a nie obiadem. Podobno w tych stronach bywają one pozyskiwane wręcz na skalę gospodarczą i często spożywane. Niestety nie udało mi się natrafić ani na większe kolonie, ani na danie z kaczenicami gdzieś w restauracjach. Dzień udał mi się wyjątkowo dobrze, zobaczyłem nowe miejsce, spróbowałem nowego jedzenia, spotkałem nowych ludzi. Mógłbym zbierać takie przygody codziennie, niestety kolejnego dnia znowu musiałem iść do pracy.
Komentarze
Prześlij komentarz