Na wydmach Sahary, czyli spacer po wielkiej kuwecie.

 Jak wygląda pustynia? No oczywiste, jest sobie kupa piachu poukładana w wydmy i od czasu do czasu wystaje z tego palma, każdy na zdjęciach widział. No i rzeczywiście, nie licząc tej palmy jest to widok możliwy do spotkania, ale niestety dużo łatwiej trafić na ciągnące się w nieskończoność połacie twardej spalonej ziemi pełnej mniejszych czy większych kamieni. Czasem rośnie pomiędzy nimi trochę krzaków, czasem kaktusobodobne dziwadła, ale piachu zazwyczaj tam niewiele. Chyba tylko jedna piąta powierzchni Sahary to pustynie piaszczyste, reszta to pustynie skaliste i żwirowe oraz góry. Ja wędrowałem głownie po pustyniach żwirowych, ale uznałem, ze trzeba w końcu zrobić sobie odmianę i ruszyć się na wydmy. Najpierw te wydmy trzeba było jakoś zlokalizować i tu z pomocą przyszły mi mapy satelitarne. Okazało się, że na zachód od Al Ujun w kierunku Foum el-Eued da się znaleźć jakąś większą piaskownicę. 

Uznałem, że należy to sprawdzić. Na szczęście w dni wolne od pracy mieliśmy dostęp do służbowych samochodów więc miałem czym się przemieszczać. Najtrudniejszą częścią zadania było jak zwykle wydostanie się z miasta. Jazda po ulicach Al Ujun to sport dla odważnych, zasady ruchu drogowego, ilość pasów czy światła to w najlepszym wypadku tylko sugestie i absolutnie nie można się było na nie zdawać. Najwięcej działo się na skrzyżowaniach i rondach, ale o dziwo nigdy nie widziałem, żeby doszło do wypadku. Wydawać by się mogło, że wymijanie na rondzie na trzeciego i to od wewnątrz ronda to ryzykowny pomysł, ale miejscowym jakoś się takie sztuki udawały. Kiedy udało mi się już minąć najweselsze fragmenty trasy w mieście, musiałem jeszcze minąć posterunek strażniczy, znajdujący się w wielkiej łukowatej bramie miasta ustawionej ponad autostradą. Tam zawsze stało kilku miłych panów z długą bronią pod ręką sprawdzających kto, gdzie i z jakiego powodu opuszcza miasto. My z racji koloru skóry byliśmy traktowani znacznie bardziej ulgowo niż miejscowi. Poza ludźmi z firmy, w której pracowałem w mieście było może jeszcze kilkoro białych. Takie posterunki znajdowały się na wszystkich wyjazdach z miasta. Panowie strażnicy, zazwyczaj na nasz widok od razu machali ręką, żebyśmy jechali dalej, czasem należało się zatrzymać i powiedzieć im, że jedziemy do pracy lub kim jesteśmy, czyli pracownikami i mogliśmy jechać dalej. Praktycznie za każdym razem obywało się bez pokazywania dokumentów. Tym razem było podobnie.

Piaski zaczynały się w zasadzie już za bramą. Jadąc szeroką, dwupasmową jezdnią, oddzieloną od pasów prowadzących w przeciwnym kierunku szeroką przerwą z ubitej ziemi mogłem podziwiać wydmy po obydwu jej stronach. Piasek czasem wdzierał się na pobocze, czasem nawet sięgał asfaltu. Rozejrzałem się za jakimś w miarę wygodnym i oby bezpiecznym miejscem do zaparkowania auta.  Miejscowi czasem parkują na pasie ziemi po środku drogi, ale ja nie byłem na tyle odważny, żeby pójść w ich ślady więc wybrałem jakiś rozjazd. Trochę się obawiałem zostawić auto tak bez opieki i na widoku, ale chęć wejścia na wydmy okazała się we mnie silniejsza niż troska o cudze auto. Zabrałem swój nieodłączny plecak z zapasem wody, kompas tak na wszelki wypadek i okulary przeciwsłoneczne. Nie to, żeby mi słońce jakoś mocno doskwierało, w styczniu nie paliło ani nazbyt jasno, ani nie dawało za dużo ciepła. Po prostu dość mocno wiało i bez nich momentalnie bym miał piasek w oczach. Wielbłądy są do tego przystosowane i posiadają dodatkowe rzęsy, mnie natura tak szczodrze nie obdarzyła więc musiałem sięgnąć po zdobycze techniki. Pustynia tutaj to nie był taki typowy erg, owszem miałem przed sobą piaszczyste, ułożone przez wiatr wydmy sierpowate, ale pomiędzy nimi widać było fragmenty pustyni żwirowej. Po prostu wiatr nawiał tutaj masy piasku na twarde podłoże, ale nie zrobił tego za dokładnie. Na szczęście nie jestem nazbyt wybredny i te drobne niedociągnięcia mi w ogóle nie przeszkadzały, miały w zasadzie swoje zalety, bo dało się tam znaleźć ciekawe kamyki i skamieniałości. 

Jednak starałem się raczej unikać twardego terenu. Po wejściu na pierwszą wydmę, przeszedłem z niej na kolejną a potem jeszcze jedną. Zapadając się w piasku grubo za kostki brnąłem przed siebie smagany drobnym piaskiem po gębie, a mimo to szczęśliwy, że po prostu mogę tak wędrować. Czasem wydmy łączyły się ze sobą w długie wały, a czasem to były pojedyncze barchany, oczywiście nie mogłem sobie odmówić kilka razy przyjemności zbiegnięcia po stokach odwietrznych (to ta bardziej stroma część wydmy, coś jak wewnętrzna część sierpa księżyca, tylko żółta i ze zmielonego kwarcu). Potrafią być na prawdę strome więc zabawy było sporo, mozolne włażenia na kolejną wydmę już tak zabawne nie było, ale kto by tam narzekał? Od czasu do czasu pomiędzy wydmami dało się znaleźć jakiś krzaczek, a znacznie częściej plastikową butelkę lub dowolny kawałek wyposażenia domowego, ale jednak plastik był najbardziej modny. Niby im dalej od jezdni tym było lepiej, ale to nie koniecznie znaczy, że było dobrze. Niestety praktycznie wszędzie, gdzie mnie poniosło natrafiałem na mniejsze czy większe sterty śmieci. Bolało to po oczach, zwłaszcza, że w Polsce już nieco odwykłem od takich widoków. Posprzątać się tego nie dało więc pozostało mi się z tym po prostu pogodzić i skrzętnie omijać obiektywem to czego nie życzyłem sobie w nim oglądać.

Okazało się, że nie trafiłem sobie na jakąś tam, średnich rozmiarów kuwetę, ale na całkiem potężny pas piaszczystej pustyni ciągnący się setkami kilometrów (mniej więcej trzema setkami, żeby być dokładnym) wzdłuż atlantyckiego wybrzeża Sahary. Wydmy zaczynają się gdzieś w okolicach Tarfayi i ciągną hen, hen na południe. Te usypane z piasku półksiężyce oczywiście nie są stabilne, wędrują sobie spokojnie po kilkadziesiąt metrów rocznie wraz z niosącym je wiatrem. Co ciekawe, pas wydm Tarfaya-Al Ujun, bo tak się to chyba nazywa, jest długi, ale stosunkowo wąski. Szerokość kilku km kojarzy się raczej z głęboką anoreksją tego terenu niż z nieubłaganą potęgą morza piasku. Ludzie, którzy odpowiadają za utrzymanie przejezdności drogi, którą tu dotarłem, nigdy nie będą narzekać na brak roboty...

Wędrówka po kieszonkowym Arrakis zajęła mi kilka godzin, pewnie mógłbym ją przedłużyć, ale nie chciałem już kusić losu i wolałem wrócić do auta, poza tym trzeba było jeszcze zorganizować sobie jakieś jedzenie. Samochód szczęśliwie czekał na mnie tam gdzie go zostawiłem i nadal znajdował się na wszystkich czterech kołach, co sprawiło mi niewysłowioną radość. Wystarczyło do niego zapakować siebie i taki czterdziestokilogramowy kamień z fajną muszelką, żeby w końcu można było pojechać na coś do jedzenia. Muszelkę bym wyłupał na miejscu, ale nierozsądnie uznałem, że młotek i dłuto mi się do łażenia po piasku nie przydadzą. Na szczęście kamyk dało się jakoś dotoczyć do pobocza, a potem pod niego podjechać, stanąć na awaryjnych i wrzucić go do bagażnika unikając przy tym przepukliny kręgosłupa. Wyizolowaniem skamieniałości z podłoża zająłem się dopiero dnia następnego.



W pobliżu mojej kwatery znajdowała się uliczka na której niemalże co wieczór kwitł handel. Były tam również niewielkie i raczej obskurne jadłodajnie. Miałem jedną ulubioną, w której sprzedawał młody chłopak, który ni cholery nie mówił po angielsku. Kupowałem u niego zazwyczaj ten czy inny fragment wielbłąda i zjadałem z dodatkami zagryzając to lokalną bułką. Repertuar mu się tam często zmieniał i raz trafiłem nawet na mózg z wielbłąda pocięty w plastry i ugotowany (czy tam przygotowany w inny sposób) na blaszanym półmisku. Zjadłem tylko kawałeczek z ciekawości, ale konsystencja zdecydowanie nie przypadła mi do gustu. Tak w ogóle to miejscowi nie używają sztućców i wszystko wcinają rękami. Ja z racji absolutnej nieznajomości miejscowego savoir-vivre na początku dopraszałem się jakiejś łyżki jak skończony dzikus, dopiero z czasem nauczyłem się płynne frakcje pożywienia spożywać za pomocą fragmentów bułki.































































Komentarze