Na wschód od Al Ujun – cmentarz, skorpiony i pustynny wąwóz.

 Miasto Al Ujun, w którym zamieszkałem po trafieniu na Saharę Zachodnią, leży w pobliżu Atlantyku i jakoś właśnie na zachód, w jego kierunku, najczęściej jeździłem. Uznałem jednak, że potrzebuję odmiany i chcę ruszyć na wschód. Jakoś zawsze mnie bardziej ciągnęło w tamtą stronę z Polski, więc może i na pustyni mi się ten kierunek spodoba? Sahara na tej wysokości geograficznej ciągnie się przez całą Afrykę i kończy dopiero na Morzu Czerwonym. Na tak daleką wycieczkę nie miałem niestety czasu i środków, więc postanowiłem przyjrzeć się tylko najbliższej okolicy. Najpierw przyjrzałem się zdjęciom satelitarnym tego terenu, a potem wytypowałem sobie kilka miejsc, które mnie najbardziej zainteresowały. Okazało się, że jednak to będzie południowy wschód, bo tak biegnie jezdnia, którą zamierzałem się poruszać, ale nadal to było coś innego niż wybrzeże.

 Na pierwszy i najbliższy punkt wycieczki wytypowałem sobie lokalny cmentarz. Przebywając w innych krajach, lubię zwiedzać takie miejsca, wyjątkowo dobrze widać na nich różnice kulturowe pomiędzy nami a innymi ludami. Tutaj te różnice były bardzo sugestywne. Nekropolia leży dość blisko miasta, choć jest od niego wyraźnie odseparowana. Żeby się do niej dostać, wystarczy pojechać trochę drogą N5 na południowy wschód, a potem skręcić w lewo, żeby średniej jakości dróżką dostać się do celu.

 Miejsce od razu zrobiło na mnie duże wrażenie, to znaczy wrażenie pod tytułem „widać, że jestem daleko od Europy”. Nasze cmentarze są uporządkowane, zazwyczaj zadbane, równo wytyczone i tak dalej. Tutaj było zupełnie inaczej... Cmentarz był mocno chaotyczny. Jedne groby przyklejały się do drugich, gdzieś pomiędzy nimi były wciśnięte trzecie. Całość nie posiadała żadnej uporządkowanej struktury, a bardziej przypominała budowle owadów, które do istniejących już fragmentów dolepiały kolejne. Groby jak na nasz standard były całkowicie niezadbane, żadnych ozdób, zniczy, kwiatów... No nic, nie licząc jednego słupka wyrwanego z pobocza i ustawionego obok nagrobka i zardzewiałego wiadra na nagrobku innej mogiły. Oczywiście oceniłem to z perspektywy Polaka przywykłego do polskich zwyczajów funeralnych, miejscowi, którzy wyrośli w tradycji lokalnego islamu zupełnie inaczej to widzą. Dla przykładu marokańskie ministerstwo Habous podaje wytyczne dla pochówków, w których przestrzega przed nadmiernym rozbudowywaniem grobów czy budowaniem nad nimi budynków i zaleca prostą formę grobu. Nawet tynkowanie grobów opisuje jako naganne. Ciężko w takiej sytuacji spodziewać się czegoś innego niż to, co zastałem.  

Przeciętny grób to była kupka kamieni z jednym większym i płaskim, służącym za tablicę nagrobną, na której wymalowano farbą arabskie napisy. Te najczęściej nosiły jakieś cechy przyzwoitości w wykonaniu. Wiele posiadało dookoła koszmarnie nierówne murki z żużlobetonowych pustaków, byle jak pozlepianych zaprawą, które przyprawiłyby o zawał nawet najbardziej nieudolnego murarza spod budki z piwem. Tylko nieliczne wyróżniały się w miarę zadbaną konstrukcją ogrodzenia, które nawet otynkowano, a już całkowicie wyjątkowe zostały potraktowane farbą i wyglądały jak miejsca spoczynku znaczniejszych osób. Obok cmentarza stał też niewielki, kanciasty budynek z pustymi otworami okien i otwartymi drzwiami. Leżało w nim kilka dywanów, zapewne przygotowanych dla potrzebujących spoczynku wiernych odwiedzających cmentarz. Kiedy tam trafiłem, byłem całkowicie sam, więc przynajmniej mogłem w spokoju rozejrzeć się i obfotografować ciekawsze fragmenty cmentarza. Było to miejsce, które warto zobaczyć, ale nie warto w nim zostawać na dłużej.

Skoro już byłem tam na miejscu, to postanowiłem rozejrzeć się też po najbliższej okolicy, sprawdzić, czy znajdę jakieś skamieniałości lub inne atrakcje. Skamieniałości nie znalazłem, ale były „inne atrakcje”, a konkretniej jedna z ośmioma nogami i kolcem jadowym. Trafiło mi się wyjątkowo wypasione bydlę. Z przyczyn oczywistych nie przykładałem do niego miarki, ale wydaje mi się, że to był około dziesięciocentymetrowy skorpion z rodzaju Androctonus. Znaczy tak mniemam, sprawdzanie takich rzeczy „na pewno” wymaga dobrej lupy i współpracy skorpiona, a jakoś nie mogłem liczyć na żadne z nich. 

 Tak generalnie, szukanie skorpionów było jedną z moich ulubionych rozrywek na Saharze. W czasie przerw w pracy łaziłem po pustyni i przewracałem kamienie w poszukiwaniu różnych żyjątek i często trafiałem tam na te pajęczaki, ale żaden nie był tak wypasiony jak ten okaz. Ucieszyłem się bardzo na jego widok, skorpion oczywiście był mniej uradowany, bo ktoś mu zabrał bezpieczne schronienie i jeszcze zdjęcia bez pisemnej zgody robił. Oczywiście po zakończeniu sesji zdjęciowej pozwoliłem mu bezpiecznie schować się pod innym kamieniem. Niech sobie żyje i nadal wędruje po tym kamienistym pustkowiu.

 Kolejnym punktem mojej wycieczki był gaj palmowy, rzecz mocno w okolicy niespotykana. Szczerze się zdziwiłem, jak go na mapie znalazłem, a jak go już znalazłem, to od razu zakwalifikowałem do kategorii „odwiedzić”. Oczywiście widywałem tu już palmy, w Al Ujun było ich całkiem sporo, ale to były drzewa sadzone przy chodnikach i regularnie podlewane z beczkowozów, ładne i zadbane. Tutaj natomiast miałem szansę na odrobinę dzikości, a przynajmniej tak się łudziłem. Żeby tam dotrzeć, musiałem skręcić z N5 na drogę biegnącą w kierunku Mosquée, jakiejś małej mieściny zagubionej na pustyni, do której nigdy nie dotarłem. Musiałem tą drogą przejechać trochę ponad pół kilometra, żeby dotrzeć do zaplanowanego miejsca. Okazało się, że zdjęcia satelitarne nie kłamały i rzeczywiście mam tutaj prawdziwy gaj palmowy. Nazwa tego miejsca po arabsku to „واحة لمسيد”. Co oznacza dla mnie dokładnie nic, bo nie potrafię rozpoznać w tym piśmie ani jednej litery. Niestety to już moja wina, że jestem niewykształconym prymitywem i nigdy nie zacząłem się uczyć arabskiego. Na szczęście Internet w jakimś stopniu zrekompensował mi braki w edukacji i przedstawił mi to miejsce jako Oazę Lamsid / Lemsid. To w zasadzie powiedziało mi tyle samo co arabskie robaczki tam wyżej. Podobno kiedyś był to ważny punkt na szlakach karawan, teraz żadnej nie zauwazyłem. Zaparkowałem samochód na poboczu i ruszyłem odkrywać to miejsce. Pierwsze, co odkryłem, to kupy śmieci walające się pomiędzy palmami.

 Ni**estety jest to widok codzienny i nagminny w okolicach, na które trafiłem. Wszędzie jest pełno szmat, porozrzucanych butelek, foliowych torebek, starych butów i wszystkiego, czym tylko da się zaśmiecić otoczenie. Im dalej odchodzi się w pustynię od siedzib ludzkich, tym jest lepiej, tam najwyżej wiatr coś mniejszego przywlecze, ale w pobliżu ludzkich siedzib sytuacja wygląda tragicznie. Nie poczułem się więc zaskoczony, ale uczucia niesmaku wciąż pozbyć się nie umiałem. No ale wystarczyło patrzeć w korony drzew, a nie pod nogi, i już wszystko zaczynało bardzo sympatycznie wyglądać. Widok roślin przypominających drzewa był bardzo miłą odmianą w stosunku do rachitycznych krzaków i prawie-kaktusów, jakie widywałem do tej pory. Gaj palmowy wcale nie był duży, ledwo kilkadziesiąt okazów rosnących w niezbyt zwartym skupisku, ale zawsze to coś. Pomiędzy nimi rosło sporo krzaków i zarośli, ale dało się znaleźć przejście. Pooglądałem sobie zapiaszczone pnie, wpakowałem sobie zadzior z jednego z nich pod skórę, zrobiłem kilka zdjęć i to w zasadzie tyle. Było tam ciekawie, ale jednak ilość śmieci sprawiła, że nie chciałem tam zostać dłużej.

 Zwiedziłem tylko fragment zarośli leżący mniej więcej na wschód od jezdni. Po drugiej stronie też było trochę drzew i to wyglądających bardziej zachęcająco, jednak fragmenty ogrodzenia i dywany rozłożone pod jednym z drzew wskazywały, że jest to czyjaś posesja i trochę nie wypadało się tam pchać bez pytania, a zapytać jakoś nie było kogo. Obszedłem więc sobie zarośla jeszcze od zewnątrz i wstąpiłem do jakiegoś zrujnowanego budynku bez dachu, który stał obok. Potem obejrzałem sobie jeszcze coś, co mogłoby być zagrodą dla wielbłądów? Stosunkowo duża przestrzeń ogrodzona ponad dwumetrowym murem, służąca teraz chyba tylko do zbierania piasku z pustyni, który zalegał tam we wszystkich kątach już wyrośniętymi wydmami. W odróżnieniu od murków na cmentarzu ten był wybudowany starannie i z pewnym zamysłem artystycznym. Mury wybudowane zostały z trójkątów równobocznych, pomiędzy którymi domurowano mur, zostawiając jednak szczyty trójkątów wystające ponad mur, przypominając tym blanki. Bardzo ciekawy koncept.

 Po przyjrzeniu się tym zabudowaniom poczułem się gotowy do dalszej drogi. Miałem na dzisiaj wyznaczony jeszcze jeden punkt programu. Na zdjęciach satelitarnych odkryłem, że droga, którą się dzisiaj poruszałem, w jednym punkcie, oddalonym może o 30 km od miasta, przebiega tuż obok niewielkiego kanionu? Na pewno miejsca wyglądającego jak wypłukane przez wodę, a teraz pozbawionego jej całkowicie. Dla większości ludzi absolutne nic, ot, kolejne kamienie, tylko ułożone mniej na płasko. Ja natomiast dostrzegłem tam pewien potencjał i teraz chciałem się przekonać, czy trafnie oceniłem sytuację. Auto zostawiłem po prostu na poboczu, bo i tak nie miałem innej opcji, i ruszyłem odkrywać świat.

 Wąwóz okazał się wcale nie taki mały i na początku trochę się musiałem postarać, żeby spokojnie zejść na jego dno. Dość szybko mi się tam spodobało, krajobraz przypominał marsjański, tylko było jaśniej i było widać trochę krzaków plus pojedyncze drzewka akacjowe. W wielu miejscach skały wyglądały jak wypłukana glina, tworząc bardzo fantazyjne kształty pełne drobnych wnęk i tuneli. Było też dużo pokruszonego piaskowca i bardziej interesujące minerały. Trafiłem na pręgowany krzemień, ale też na niewielkie kryształy (chyba) kwarcu, kryjące się we wnętrzu innych kamieni. Znowu nie miałem ze sobą młotka i z jednej strony przeklinałem swój brak przezorności, z drugiej strony ledwo słyszalny głos rozsądku wspominał, że nie ma sensu rozglądać się za mocno za skałami, bo i tak nie dam ich rady zabrać ze sobą do Polski. Niestety został skutecznie zagłuszony odgłosami skały łupanej o skałę...

 Wąwóz wił się pomiędzy większymi głazami, rozgałęział się, czasem mocno rozszerzał, innym razem był dość wąski, choć bez stromych ścian wznoszących się pionowo po bokach. W kilku miejscach natrafiłem na fajne nawisy skalne, pod którymi dałoby się wygodnie przenocować lub przeczekać największy upał. Błądzenie tam zajęło mi przynajmniej trzy godziny. Tu sobie skręciłem, tam przystanąłem, gdzie indziej połupałem jakiś kamyk, żeby zerknąć, co jest w środku. To był bardzo przyjemnie spędzony czas, ale też nauczyłem się tam czegoś. Mianowicie jak łatwo na pustyni stracić orientację w terenie. Inna sprawa, że ja jestem ją w stanie zgubić nawet u siebie na podwórku, no ale tam to groźne nie jest. Kiedy już zdecydowałem się wracać, skręciłem po drodze w nie tę odnogę, co trzeba. Dość szybko coś mi zaczęło nie pasować, więc wspiąłem się trochę wyżej, żeby przyjrzeć się sytuacji. Rozejrzałem się dookoła, a tam wszędzie krajobraz wyglądał tak samo. Byłem poniżej jezdni, więc z mojej pozycji nie mogłem jej nijak zobaczyć. Naszła mnie wtedy refleksja, że gdybym całkowicie się zakręcił i stracił poczucie kierunku, a nie posiadał przy sobie kompasu, to skutki mogłyby być bardzo opłakane. Wiedziałem mniej więcej, w którym kierunku powinienem podążyć i gdzie się pomyliłem, więc nie była to sytuacja mogąca mi jakkolwiek zagrozić. Niemniej uznałem ją za bardzo pouczającą.


















































































































Komentarze