Sahara Zachodnia... Był sobie kiedyś taki kraj, była kolonia Hiszpanów, teraz jest to część Maroka, przyłączona do niego niekoniecznie po myśli autochtonów. Temat z pewnością wart rozwinięcia i przebadania, ale nie po to tam pojechałem. A po co? A do pracy. Mój zawód pozwala mi czasem pojechać w ciekawe miejsce i tym razem trafiło mi się bardzo ciekawie! Sześć tygodni na pustyni to atrakcja warta uwagi. Wprawdzie większość tego czasu spędziłem, zeskrobując rdzę z turbin wiatrowych, ale dni wolne też się pojawiały i to o nich będę tu pisał.
Oczywiście i niestety nie mieszkałem bezpośrednio na pustyni. Zakwaterowany byłem w Al Ujun, czyli byłej stolicy Sahary Zachodniej, a dziś najludniejszym mieście regionu. Na szczęście mieszkanie znajdowało się bardzo blisko północnych rubieży miasta. Wystarczyło przejść z 200 metrów ulicą, potem znaleźć dziurę w siatce, uniknąć ekskrementów, nie poharatać sobie nóg na rozbitych butelkach i innych śmieciach, zsunąć się jakoś ze skarpy, ominąć kolejne śmieci i już można się było cieszyć wolnością. Miasto od tej strony graniczy z wyschniętym jeziorem. Zamiast wody jest tam tylko spękana ziemia, nie licząc oczywiście miejsca, w którym z miasta wylewają się ścieki. Tam jest niewielkie bajoro, ale jakoś nie rozwija się w nim bujne życie, a przynajmniej nie kręgowców. No ale jak się przymknie oko na takie drobnostki i zatka nos, przechodząc w pobliżu bajora, to jest tam naprawdę ciekawie. Brzegi byłego jeziora zbudowane są ze zwietrzałych, popękanych piaskowców, przybierających czasem bardzo fantazyjne kształty. Często kawały skał są podmyte, tworząc spore nawisy, w innych miejscach można trafić na rumowiska skalne z olbrzymich głazów odłupujących się od skarpy. Ja już na starcie, praktycznie zaraz po zejściu z pierwszej skarpy, trafiłem na jaskinię, znaczy podejrzewam, że tak to by można nazwać. Nawis skalny wiszący z metr, czasem półtorej metra nad piaskiem, dość głęboko sięgający pod skałę i rozciągający się na boki. Oczywiście nie odmówiłem sobie przyjemności wejścia tam. Trochę mniej przyjemny był drobny piasek zalegający na dnie i śmieci, które musiały leżeć nawet tam... Starałem się być bardzo ostrożny, nie miałem w końcu pojęcia, co w takim miejscu może sobie odpoczywać. Na szczęście nie natrafiłem na żadne groźne istoty ani nawet na ich ślady. Miałki piasek doskonale by przechował ślady węża lub skorpiona. Na niegroźne stwory też nie natrafiłem. No trudno, może jeszcze się uda.
Pierwsze znalezisko tylko zachęciło mnie do dalszej eksploracji terenu, skierowałem się więc na wschód, wzdłuż klifu. Skakałem sobie z głazu na głaz, przemykałem pod skalnymi nawisami, szukałem kolejnych zapadlisk tworzących niewielkie jaskinie pomiędzy ogromnymi głazami i oczywiście rozglądałem się za skamieniałościami, których wcale tu nie brakowało. Bardziej rzucały się jednak w oczy bardzo fantazyjne kształty zwietrzałych skał. Określenie „zwietrzała skała” znałem do tej pory jedynie z książek i niby wiedziałem, o co chodzi, ale też nie zastanawiałem się za bardzo nad tym terminem. Dopiero na pustyni poznałem go w praktyce. Piaskowce, z których składały się lokalne skały, potrafiły być mocno pokiereszowane przez warunki naturalne, zyskując dzięki temu bardzo niezwykłe kształty. Niektóre były uszkodzone do tego stopnia, że stawały się ażurowe i dało się je po prostu pokruszyć w palcach. Włóczyłem się tam ze 4 godziny i co chwila trafiałem na coś nowego, ciekawego i wartego sfotografowania. Była to oczywiście martwa natura, nie trafiłem na żadne owady ani większe stwory. Było natomiast trochę żywych roślin w postaci krzaków i sporo suchych patyków dających mi szansę na ognisko w przypadku kolejnych wycieczek.
Zajrzałem również na dno wyschniętego jeziora, jego dno składało się z tysięcy fragmentów ziemi podzielonych głębokimi szczelinami powstałymi przy wysychaniu błota. Tak z góry dało się dojrzeć przynajmniej z metr głębokości tych szczelin, choć nie wykluczam, że było tego więcej. Stąpanie po takim podłożu, było dość ciekawym doświadczeniem. Oczywiście musiałem całkiem uważnie patrzeć pod nogi, wpakowanie się stopą w taką szczelinę mogło by się dla mnie dość nieprzyjemnie skończyć. Mimo tego po dnie jeziora szło się znacznie szybciej niż po skałach i sypkim piasku pomiędzy nimi.
To była moja pierwsza samotna wyprawa poza miasto i dała mi bardzo dużo satysfakcji, i jeszcze więcej motywacji do jej powtórzenia oraz dalszej eksploracji okolicy. Miałem też zadanie domowe, zdobyć młotek i dłuto, żeby było czym się do skamieniałości dobrać. Coś tam udało mi się wyłuskać palcami, ale były też takie, do których nijak nie mogłem się doskrobać bez narzędzi. O tym, jak te zdobycze ze sobą zabrać do Polski, zamierzałem martwić się później.
Komentarze
Prześlij komentarz