Sahara - pierwszy nocleg poza miastem.

Kiedy tylko dowiedziałem się, że lecę do pracy na Saharę, od razu stwierdziłem, że takiego wyjazdu zmarnować nie wolno. Ni cholery nie wyrwałbym się z domu na taką wycieczkę jako turysta, więc uznałem, że jako robol wykorzystam ją jak najmocniej. Przy pakowaniu się położyłem zdecydowany nacisk na sprzęt turystyczny. Jakieś tam ciuchy robocze też upchnąłem, ale to była jedynie przykra konieczność, ważniejszy był śpiwór, namiot i tym podobny ekwipunek. Nie zdziwi więc nikogo, że wprost nie mogłem się doczekać, żeby to wszystko w końcu wykorzystać.

Okazja nadarzyła się dość szybko. W sobotę (to był chyba 28 stycznia 2023) skończyliśmy pracę trochę wcześniej, a niedzielę miałem wolną. Dokładnie tego mi było potrzeba. Spakowałem do plecaka jakiś chleb i kiełbasę (znaczy, produkty, które odrobinę przypominały chleb i kiełbasę znane mi z Polski), a do tego kilka pomarańczy i pistacje, które zakupiłem w sklepiku przy ulicy. Zapas wody też spakowałem, na Saharze dość o nią trudno w plenerze. Zabrałem około trzech litrów, na jedną noc powinno wystarczyć w zupełności. Zastanawiałem się, gdzie wyruszyć. Nie chciałem brać firmowego samochodu na noc i zostawiać go gdzieś przy drodze, zdecydowałem się więc na wyprawę pieszą. Wyraźnie wytyczone i ogrodzone siatką granice miasta miałem dość blisko kwatery, ledwo kilkaset metrów. Za nimi klify i dno wyschniętego jeziora. Rozważałem przez chwilę ukrycie się w skałach pod miastem, ale zdecydowałem się jednak na przejście na drugi brzeg jeziora po jego wyschniętym dnie. Pierwszą przeszkodą była oczywiście siatka, ale ta na szczęście nie była w najlepszym stanie i w kilku miejscach była pozrywana lub ściągnięta do ziemi tak, że dało się ją przekroczyć bez większych kłopotów. Kolejną przeszkodą były oczywiście klify. Kilkumetrowej wysokości ściany popękanych skał osadowych odrobinę utrudniają przemieszczanie się, na szczęście da się pomiędzy nimi znaleźć w miarę łagodne zejścia. Można je pokonać z plecakiem bez większej obawy o upadek (nie to, żeby ta obawa nie istniała, po prostu w niektórych miejscach była trochę mniejsza).

Po przejściu chyba trzech tarasów tego typu stanąłem w końcu na dnie jeziora. Była to rozległa równina wyschniętego na kamień błota, pociętego nierównymi szczelinami. Pęknięcia powstały podczas wysychania dna w palącym słońcu pustyni, pewnie każdy takie widział w filmach przyrodniczych i podróżniczych. No ale zobaczyć w filmie, a przejść się po czymś takim na żywo, to dwie różne sprawy. Zdziwiło mnie, jak głębokie są te szczeliny. Jestem pewien, że większość sięgała przynajmniej na metr w głąb ziemi, a podejrzewam, że były też głębsze. Po jeziorze szło mi się całkiem wygodnie, ale musiałem uważnie spoglądać pod nogi. Nie bardzo miałem ochotę połamać sobie kostkę w takim miejscu, zwłaszcza że dopiero co mi się zrosła po ostatniej przygodzie... Szerokość jeziora, czy raczej ex-jeziora, wynosiła tutaj nie więcej niż 500 metrów. Może to nie dużo, ale maszerowało się tam bardzo ciekawie.

Słońce zaczynało mi się powoli chować za horyzontem, więc po drugiej stronie kiedyś-jeziora od razu zabrałem się za poszukiwanie dogodnego miejsca do rozbicia namiotu. Wybrałem sobie szerokie na kilkadziesiąt metrów, półkoliste wcięcie w skałach z płaskim podłożem ozdobionym sporymi głazami, które oderwały się od klifu i spadły tu w dalszej lub bliższej przeszłości. Pomiędzy skałami rosły sobie niezbyt wysokie krzaki i prawie drzewa, wydaje mi się, że akacje, ale niezbyt gęsto, więc pomiędzy nimi dało się znaleźć dość miejsca pod namiot. Zacząłem od niego, a potem zabrałem się za zbieranie patyków na ognisko. Zazwyczaj na pustyni można znaleźć tylko piasek i kamienie, a różnice występują jedynie w proporcjach wyżej wskazanych surowców. Roślin natomiast nie ma wcale lub jest ich mało. Zebranie wiązki chrustu w takich warunkach to albo nie lada wyzwanie, albo rzecz zgoła niemożliwa. Tutaj natomiast opału nie brakowało, dookoła było sporo suchych patyków idealnie nadających się do moich niecnych celów. Przed zmrokiem miałem już rozstawiony namiot, przygotowany opał i niewielki dołek wygrzebany na ognisko.

Z racji niewielkiej odległości od miasta ustawiłem się tak, żeby jak najmniej było mnie od niego widać. Namiot ukryłem za sporym głazem, a miejsce na ognisko zlokalizowałem pomiędzy skałami a namiotem, dzięki temu naprawdę trudno byłoby zobaczyć z dalszej odległości otwarty ogień. Sam namiot też bardzo ładnie spasował mi się z otoczeniem. Zazwyczaj pomarańczowy kolor mocno bije po oczach, natomiast tutaj był jedynie o kilka tonów jaskrawszy od piasku i kamieni. Ja tak z natury nie lubię, kiedy mnie widać, zwłaszcza na terytorium, na którym do niedawna trwała wojna partyzancka z Marokańczykami i w zasadzie do tej pory tak całkowicie nie wygasła. Kłopotem okazał się dla mnie ogień. Niby wszystko wyschnięte na wiór, ale nie chciało łapać ognia od krzesiwa. Próbowałem materiału z kilku okolicznych roślin, ale nic nie chciało ze mną współpracować. Dopiero nastruganie pierzastych patyków uratowało sytuację, choć i tak musiałem zeskrobać sporo krzesiwa, zanim złapałem płomień... W Polsce bez trudu potrafię rozpoznać i odnaleźć fragmenty roślin, dzięki którym szybko i sprawnie rozpalę ognisko, natomiast o miejscowych roślinach nie wiedziałem dosłownie nic. Czułem się jak dziecko we mgle albo miastowy na łące. Wszystko było nowe, tajemnicze i nieznane. Z jednej strony to było zachwycające, mogłem odkrywać i poznawać wszystko tutaj od początku, z drugiej nie znałem żadnych niebezpieczeństw, jakie mogły mi tu grozić. Owszem, umiałem już znaleźć skorpiona pod kamieniem i wiedziałem, że te tutaj mogą być śmiertelnie groźne, więc nie należy ich głaskać po sfotografowaniu, ale co z innymi bezkręgowcami? W Polsce wiem, jakich roślin powinienem unikać. Jak widzę pokrzywę, to wiem, że mnie może sparzyć, jak widzę wilczomlecz, to wiem, żeby unikać jego mleczka. Czy tutaj rosły podobne rośliny? A jeśli tak, to w jaki sposób mogły mi zaszkodzić? Nie miałem pojęcia. Przyjąłem więc zasadę umiarkowanej ostrożności, bardzo umiarkowanej. Z tego powodu na przykład przytroczyłem sobie pod tyłek większy kamień, tak, żeby na ziemi nie siedzieć. Po piasku wędrowało całkiem dużo stworzeń, głównie mrówki, ale pojawiały się też robale niepokojąco przypominające nasze kleszcze. Wolałem nie sprawdzać, czy podobieństwo sięga dalej niż sam wygląd. Również namiot zabrałem ze sobą właśnie dlatego, że nie wiedziałem, czego się mogę tu spodziewać. Najchętniej to bym się zawinął derką przy ognisku, ale mogłoby się to skończyć wizytą jakiegoś bezkręgowca lub węża skuszonego ciepłem mojego ciała, której bym potem mocno żałował. Odizolowanie się od całkowicie obcego mi otoczenia wydawało się zwyczajnie rozsądnym pomysłem.

Siedziałem więc sobie na kamyczku, przede mną płonęło niewielkie ognisko, w ogniu stał blaszany kubek, w którym gotowałem sobie wodę na herbatę. W dłoni miałem patyk z nabitą na niego kiełbaską, która skwierczała nad płomieniem. W oddali majaczyły światła Al Ujun, a nade mną migotały setki gwiazd na afrykańskim niebie. Trzask ognia mieszał się w moich uszach z cykaniem świerszczy lub pasikoników, czasem wybijał się ponad to krzyk jakiegoś nocnego ptaka. Byłem w tym momencie po prostu szczęśliwy. Jeszcze miesiąc wcześniej nawet bym się nie spodziewał, że trafię do Afryki, a teraz siedziałem sobie gdzieś na tym ogromnym kontynencie, chłonąc jego aurę. Kiełbasa szybko zniknęła i jej miejsce zajęły soczyste pomarańcze. Kupiłem je z małego, przenośnego straganu na kółkach, jeszcze z zielonymi listkami, na dowód, że niedawno zostały zerwane z drzewa. Oczywiście cały upaprałem się ich słodkim sokiem, ale dla tego smaku było warto. 

W zasadzie w ten sposób spędziłem większość nocy. Gapiłem się w ogień, słuchałem natury i przegryzałem to czy owo. Niczego więcej do szczęścia mi nie było tego wieczoru potrzeba. Potem po prostu wczołgałem się do namiotu, zabierając ze sobą buty i plecak, żeby rano nie przywitała mnie w nich żadna niespodzianka, i poszedłem spać. Wcześniej zastanawiałem się, czy rozbijać tropik nad namiotem, ale uznałem, że tak, i był to niezły pomysł, bo nad ranem trochę popadało. Nie był to wielki deszcz, ale jednak był, a na pustyni to nie jest takie znowu częste zjawisko.

Nockę spędziłem miło, ciepło i wygodnie, głównie dzięki dobremu sprzętowi, bo tak generalnie to nad ranem tam strasznie zimno bywa i ten przedświt nie był wyjątkiem. Rano zjadłem sobie śniadanie z ogniska, pooglądałem bladą tęczę rysującą się w oddali i podjąłem decyzję co do moich poczynań w dniu dzisiejszym. Otóż uznałem, że pobawię się w paleontologa. Już poprzedniego dnia zwróciłem uwagę na liczne skamieniałości wtopione w okoliczne skały, dzisiaj postanowiłem przyjrzeć się im bliżej i może nawet uszczknąć coś dla siebie? Naprawdę nie trzeba było daleko szukać, w niemalże każdej skale wokół obozowiska dało się znaleźć pozostałości po faunie morskiej z bliżej nieznanej mi epoki. Najbardziej przyciągało moją uwagę coś, czego do tej pory nie potrafię zidentyfikować. Na początku myślałem, że to zęby jakichś morskich drapieżników, ale większość była ułupana i nie wyglądała wewnątrz na jednolitą strukturę typową dla zębów.

Niemalże każde z tych znalezisk u podstawy okolone było pochewką wyraźnie oddzieloną od reszty skamieniałości. Zazwyczaj tkwiły pojedynczo w skałach, ale znalazłem też kilka tuż obok siebie, autentycznie wyglądających jak kawałek szczęki. W większości nie były wielkie, ot, 3–4 cm długości, może centymetr średnicy, ale trafiły mi się też dużo dorodniejsze okazy. Na przykład taki około 8 cm długości i, powiedzmy, średnicy 4 cm. Znalezisko oczywiście przyciągnęło moją uwagę, kłopot tylko w tym, że tkwiło w sporym głazie i nie bardzo wiedziałem, jak się do niego dobrać. Nie miałem ze sobą żadnych narzędzi do dłubania w skałach. A co miałem? Mój wierny i niezawodny nóż. Już kiedyś służył mi do wydłubywania skamieniałości z kredowych klifów Rugii, tyle że kredę to na upartego dałoby się nawet paznokciem wyskrobać. Tutaj miałem znacznie twardszego przeciwnika no ale mój nóż też jest twardy, a ja potrafię być cierpliwy. Czasem... No ale tym razem akurat byłem. Następne dwie godziny spędziłem na skrobaniu skały, żeby wydostać moją skamieniałość i nie rozwalić sobie narzędzia pracy. Na szczęście nie była ściśle zespolona z resztą kamienia, trzeba ją było tylko uwolnić. Drobnostkami typu „jak ja to do Polski zabiorę” postanowiłem się chwilowo nie przejmować. Kolejnym postanowieniem było zdobycie młotka i dłuta zaraz po powrocie do miasta. Dumny ze znalezisk i cięższy o jakiś kilogram kamieni wróciłem, żeby spakować obozowisko. Jeszcze się trochę pokręciłem po okolicy, uznając, że wymaga ona dokładniejszego zbadania przy kolejnych okazjach, i ruszyłem w drogę powrotną.













































Komentarze