Zdarzały się też drobne ptaki, ale pojedynczo lub w bardzo małych grupkach. Raz znalazłem nawet gniazdo w kolczastych zaroślach, w środku było chyba nawet jajko, ale nie wiem, czy gniazdo było czynnie używane, czy może już opuszczone. Tak poza tym to raczej jest pusto pod tym względem na pustyni. Czasami w czasie poszukiwań skorpionów trafiałem na drobne bezkręgowce. Żuki, pająki i takie cosie, które zwyczajnie nie wiem, czym były, pewnie larwami zwierząt, które również nie wiem, czym są. Czasami pojawiał się osamotniony szarańczak, niestety nigdy mi się nie udało żadnego sfotografować. Gdy zbliżałem się na kilka metrów, rozpościerały swoje kolorowe skrzydła i podrywały się do lotu. O skorpionach trochę się rozpisałem w pierwszej części wpisu, więc tam serdecznie zapraszam.
Wielką ciekawostką były natomiast dla mnie ślimaki lądowe, które dość tłumnie tam występowały. Szczerze się zdziwiłem, kiedy pierwszy raz się na nie natknąłem. W tak niesprzyjających warunkach mięczaki były ostatnim typem organizmów żywych, którego bym się tam spodziewał. A jednak. Biorąc pod uwagę, jak często trafiałem na ich muszle zasłonięte u wylotu pergaminową barierą chroniącą przed utratą wilgoci, doszedłem do wniosku, że są organizmami, które radzą sobie tutaj nienajgorzej. Nie były to ślimaki wielkie, ich muszle nie sięgały nawet czterech cm średnicy. Były dość spłaszczone i stosunkowo grube, w brązowo-piaskowych barwach. Zdecydowanie nie stawiały na jaskrawość. Zarówno ich kolory, jak i grubość muszli są przystosowaniem do ograniczenia utraty wody podczas pustynnych upałów. Również spłaszczony kształt muszli nie jest przypadkiem, dzięki temu łatwiej im wpełzać pod kamienie, by korzystać z ich cienia. Oczywiście to za mało, żeby się tam w lato nie usmażyć, jedną z najważniejszych strategii przetrwania ślimaków na pustyni jest zdolność do estywacji, czyli długotrwałego stanu uśpienia w okresach suszy. Gdy warunki stają się zbyt suche i gorące, ślimak zamyka otwór muszli specjalną błoną śluzową zwaną epifragmą. Dzięki temu ogranicza parowanie wody i spowalnia metabolizm. W takim stanie zwierzę może przetrwać miesiące, a w niektórych przypadkach nawet kilka lat, czekając na pojawienie się opadów lub wzrost wilgotności powietrza. Aktywność ślimaków pojawia się zwykle dopiero po rzadkich deszczach albo w chłodniejszych, wilgotniejszych nocach. Tak się złożyło, że miałem szczęście oglądać burzę nad Saharą. Lało dość długo i intensywnie, dzięki czemu na pustyni pojawiła się masa mniejszych i większych kałuż. Jedna zdecydowanie większa utrzymała się przez dobry tydzień. Obfitość wody sprawiła, że ślimaki bardzo szybko porzuciły swój letarg na rzecz kolacji z rozmoczonych porostów pokrywających część kamieni. Ich blade ciałka kształtem bardzo przypominały ich zdecydowanie mniej ekstremolubnych kuzynów z Polski i były tak samo dla mnie niegroźne. Okazja do zobaczenia ślimaków pędzących przez zlaną deszczem pustynię nie zdarza się codziennie, więc wyzyskałem ją dość mocno. Nie wiem, po co mi ponad setka zdjęć ze zbliżeniami na gapiące się na mnie ślimaki, ale jakbym kiedyś znalazł dla nich zastosowanie, to nie będę się musiał martwić, skąd wezmę zdjęcia.
Jedynym dużym, a wręcz bardzo dużym zwierzęciem, jakie pojawiało się na pustyni, był wielbłąd jednogarbny, znaczy się dromader. Camelus dromedarius, bo tak się to indywiduum wabi po łacinie, to bydlę sięgające dwóch metrów w kłębie, a w garbie jeszcze wyżej, i nawet siedmiuset kilogramów wagi. To naprawdę nie jest mało. Jakby ktoś jeszcze nie wiedział, to garby, które na sobie te niezbyt dopracowane wizualnie zwierzątka noszą, to nie są zbiorniki na wodę. Wielbłądom służą jako magazyny tłuszczu do zużycia w razie potrzeby, czyli gdy brakuje żarcia. Wielokrotnie miałem okazję je oglądać. Przychodziły nie wiadomo skąd i szły sobie nie wiadomo gdzie, a mimo to miejscowi i tak wiedzieli, gdzie one są i do kogo należy konkretne stado. Pojęcia nie mam, jak oni to robili. Jako że są to zwierzęta udomowione, w ogóle nie bały się ludzi, w tym mnie. Można było do nich podejść i je pogłaskać, a nawet poczęstować frytką. Chętnie z poczęstunku korzystały. Z bliska można było podziwiać detale wyglądu, jakimi obdarzyła je natura. Przede wszystkim gęste, długie rzęsy, za które niejedna „Dżesika” dałaby się pokroić. Dromadery mają dwie pary rzęs przypadających na każde oko, chroniące je przed słońcem i piaskami pustyni niesionymi przez często porywiste wiatry, do tego mają jeszcze trzecią powiekę, znaczy błonę migawkową, dającą im dodatkowe zabezpieczenie. Charakterystyczne są też ich łapy. Zazwyczaj kończyny takich roślinożerców kończą kopytkiem, jednym lub kilkoma. Tu niby też jakieś kopytka są, ale przypominają raczej paznokcie dziadka niż prawdziwe kopyta osadzone na końcach dwóch palców, no i wielbłąd nie opiera na nich ciężaru swojego ciała. Do tego służą im szerokie poduszki skórne umieszczone pod paluchami. Łapy wielbłądów są dość duże i działają jak rakiety śnieżne, tyle że na piasek. Izolują też od rozgrzanego podłoża. Piasek na Saharze potrafi się rozgrzać do 60 stopni Celsjusza, więc jest od czego izolować. Dromadery nie występują w stanie dzikim, zostały udomowione jakieś pięć tysięcy lat temu i chyba im się spodobało? Na pewno spodobało się to ich właścicielom. Taki dromader potrafi unieść do trzystu kilogramów ładunku i przejść z tym nawet pięćdziesiąt kilometrów. To więcej niż niejeden motocykl, w dodatku nie zapada się w piasku.
No ale skoro są wielbłądy, to musi też być coś, czym się one żywią. Choć przyznam, że tego czegoś, a mianowicie roślin, za wiele tam nie było. Jakieś rachityczne, kolczaste krzaczki, do tego niewielkie, poskręcane kawałki drewna wyglądające jak martwe przynajmniej od dekady, a jednak puszczające zielone pędy. Raz trafiłem na małe rośliny o sporych, skórzastych liściach. Cóż... Sahara raczej nie słynie z przesadnie obfitej różnorodności flory. Kilkukrotnie widziałem pasące się wielbłądy i to, co żarły, nawet nie przypominało jedzenia. One jednak nic sobie nie robiły z kolczastych gałązek czy tym podobnych.
Sporym zaskoczeniem były dla mnie kaktusy, tych się chyba nawet wielbłądy nie czepiały. Rosły sobie w skupiskach przypominających niewielkie kopuły i, co najlepsze, wcale nie były kaktusami. Mocno mnie ta wiadomość zdziwiła. Niby wiedziałem, że oryginalne kaktusy rosną tylko w Nowym Świecie, uznałem więc, że skoro są i tutaj, to pewnie zostały przywleczone przez człowieka, ale wcale nie. Otóż rośliny, które wziąłem za kaktusy, okazały się być, jedynie pseudokaktusami i są oryginalnymi mieszkańcami Sahary. Te kolczaste, mięsiste krzewy (choć to określenie strasznie mi tu nie pasuje) należą najczęściej do rodzaju Euphorbia, czyli wilczomleczy. No dobra, ale czemu coś, co ma dziób jak kaczka, pływa jak kaczka i lata jak kaczka, wcale nie jest kaczką? Chodzi o zjawisko konwergencji ewolucyjnej, najprościej rzecz ujmując, to warunki życia zmuszają niespokrewnione ze sobą gatunki do wykształcenia podobnych cech w budowie fizycznej jako adaptacji do środowiska. Czyli jak jest sucho i gorąco, to trzeba przechowywać wilgoć w łodygach, minimalizować liście, żeby woda przez nie nie parowała, i czymś się bronić przed wegetarianami. Owe roślinki miały jeszcze jedną ciekawą cechę: po ich uszkodzeniu niemalże natychmiast pojawiał się biały, dość gęsty płyn, czyli lateks. Działa drażniąco na skórę i oczy, no i zapewne nie jest zbyt smaczny, choć z tym ostatnim tylko zgaduję. W naszym pięknym kraju też można spotkać wilczomlecze, mają żółte kwiatuszki, cienkie łodyżki i jak się je złamie, to wydzielają bardzo podobny sok, pewnie by się szczerze zdziwiły, gdyby zobaczyły swoich kuzynów z południa.
Komentarze
Prześlij komentarz